Zbieram się od jakiegoś czasu do napisania kilku słów na temat alternatywy i wciąż staje mi coś na drodze. Miejmy nadzieję, że dziś się powiedzie.
Kilka słów zaledwie bo ostatnio w ogóle dochodzę do wniosku, że pisanie długich wpisów na blogu mija się z celem. Średnio idzie to przedyskutować, a i wątki się wyczerpują w takiej samotnej rozmowie. Zatem tylko pierwiosnki, nic więcej.
Ja od zawsze miałam skłonności do niszy więc teraz (w znaczeniu, w tym wieku, w którym zaczynam jako tako ogarniać kim jestem), pojmuję czemu mnie ciągnie do innego systemu myślenia niż wiodący. Żaden zewnętrzny powód nie istnieje.
Lubię alternatywę bo z reguły oznacza ona podróż i poszukiwania. To też nie jest mi obce. Nigdy nie lubiłam niczego wkuwać, natomiast uwielbiałam mieć wokół siebie sterty książek i czytać różne wątki tak by pojąć o czym czytam:) Często kończyło się to brakiem czasu na przyswojenie wymaganej wiedzy, ale nie widzę powodu by coś z tym robić.
Od zawsze miałam duszę solidarnościowca, anarchisty, jak tam sobie to zechcecie nazwać. Choć przez wiele lat moje prawdziwe 'ja' było ujarzmione to zawsze lubiłam sama stanowić o sobie co oznacza nadużywać słowa NIE i nie słuchać dobrych rad. Nawet jak miałam połamać paznokcie - wolałam je złamać niż iść utartą drogą.
Wszystko to piękne bo pokazuje, że alternatywa nie jest sama w sobie aż tak fascynująca by mnie wchłonąć. Chodzi głównie o to kim jestem. Owszem, czasem oferta spoza głównego nurtu mnie przekonuje swą zawartością, jednak ogólnie moje skłonności ku niszy pochodzą bardziej z mojego DNA niż wartości merytorycznej.
Ponoć powinien być punkt zwrotny. Ale o co chodzi??
Otóż żyję na uboczu, więc w mojej codzienności mało tego co powszechnie dostępne. Taki wybór, z nim mi dobrze. Jednak od czasu do czasu zauważam, że grzebanie się w teoriach spiskowych, wyszukiwanie powodów, dla których koniecznie trzeba zanegować ogólno dostępne informacje zaczyna być zwyczajną chorobą, uzależnieniem i absolutnie nie daje spokoju. Sama dostrzegam jak dążność do swobody osobistej poprzez wybór mniej utartych ścieżek prowadzi mnie do mentalnego odcięcia od tego co dobre. Dobrze i powszechnie dostépne, a przecież takie coś też istnieje!...
29 sty 2016
28 sty 2016
Wierzenia
Jest temat. Temat wyzwalający emocje. Coś co wprawia w zakłopotanie, czasem wprowadza zamieszanie. Ludzie są albo spełnieni, albo szczęśliwi, albo przerażeni, a czasem i giną dla sprawy, dla tej sprawy...
Wierzenia, to one są tematem tego wpisu.
To dość trudny temat dlatego nie odważę się na posiadanie jednoznacznego zdania w tej sprawie, to co chcę napisać jest bardziej wynikiem osobistych przemyśleń.
Wychodzę z założenia, że Bóg wie co robi oraz że ma absolutną świadomość tego co ludzie robią z Nim. Czy to monoteistyczni wyznawcy, czy ateiści, czy wyznawczy religii politeistycznych czy ci, których można określić szamanami, new age'owcami i wszyscy, którzy w ogóle istnieją. Żyjemy na jednej planecie. Ta planeta wydaje nam się duża gdy mamy przebyć daleką podróż z punktu A do B, jednak mamy świadomość, że nasza planeta jest zaledwie ziarenkiem piasku wśród pyłów kosmosu. Ludzkie podziały, wyższość jednych nad drugimi naprawdę niewiele zmienia, wręcz wydaje się być mizerną groteską. A jednak mamy potrzebę pewności, że mamy rację, że wiemy kim jest Bóg i jak Go doświadczyć. Jednak zabijamy w Jego imieniu lub nawołujemy do miłości i przebaczenia także w Jego imieniu. Stajemy też w obronie prawdy jaką jest dowód na nie istnienie Boga. Boga znajdujemy w talizmanach, w kształcie chmur na niebie, w twórczym działaniu. Bogiem jest starzec z siwą brodą siedzący na tronie w niebiesiech lub jest wszystko co nas otacza, a także mną i Tobą. Człowiek wie kim jest Bóg, że nie/istnieje i wie co stanie się po śmierci czyli wtedy gdy nasze konserwowane chemicznymi środkami ciało przestanie funkcjonować. Wszystko wiemy i dlatego chcemy przekonać innych do tego co wiemy.
Nie potrafię teraz wrócić do praktykowania wiary jaką miałam w sobie kiedyś. Głównie chyba dlatego, że wchodząc w istniejące struktury czułabym się jak chomik w mysiej klatce, bez możliwości swobodnego poruszania się i bez opcji wyboru autonomicznego życia. Z drugiej jednak strony moje wspomnienia dotyczące budowanych relacji z ludźmi i samą sobą wtedy, gdy uczestniczyłam aktywnie w systemie wierzeń jest czymś do czego powracam z sentymentem. Płynę więc jak stary człowiek na starej łajbie i wpatrując się w ocean i własne odbicie w wodzie odnajduję swój sposób na wiarę. Wiarę, że ocean mnie nie pochłonie, a nawet jeśli to cokolwiek się wydarzy, i tak będzie dla mnie dobre.
Czy można być czegokolwiek pewnym? Czy to w ogóle jest komukolwiek potrzebne?
Wierzenia, to one są tematem tego wpisu.
To dość trudny temat dlatego nie odważę się na posiadanie jednoznacznego zdania w tej sprawie, to co chcę napisać jest bardziej wynikiem osobistych przemyśleń.
Wychodzę z założenia, że Bóg wie co robi oraz że ma absolutną świadomość tego co ludzie robią z Nim. Czy to monoteistyczni wyznawcy, czy ateiści, czy wyznawczy religii politeistycznych czy ci, których można określić szamanami, new age'owcami i wszyscy, którzy w ogóle istnieją. Żyjemy na jednej planecie. Ta planeta wydaje nam się duża gdy mamy przebyć daleką podróż z punktu A do B, jednak mamy świadomość, że nasza planeta jest zaledwie ziarenkiem piasku wśród pyłów kosmosu. Ludzkie podziały, wyższość jednych nad drugimi naprawdę niewiele zmienia, wręcz wydaje się być mizerną groteską. A jednak mamy potrzebę pewności, że mamy rację, że wiemy kim jest Bóg i jak Go doświadczyć. Jednak zabijamy w Jego imieniu lub nawołujemy do miłości i przebaczenia także w Jego imieniu. Stajemy też w obronie prawdy jaką jest dowód na nie istnienie Boga. Boga znajdujemy w talizmanach, w kształcie chmur na niebie, w twórczym działaniu. Bogiem jest starzec z siwą brodą siedzący na tronie w niebiesiech lub jest wszystko co nas otacza, a także mną i Tobą. Człowiek wie kim jest Bóg, że nie/istnieje i wie co stanie się po śmierci czyli wtedy gdy nasze konserwowane chemicznymi środkami ciało przestanie funkcjonować. Wszystko wiemy i dlatego chcemy przekonać innych do tego co wiemy.
Nie potrafię teraz wrócić do praktykowania wiary jaką miałam w sobie kiedyś. Głównie chyba dlatego, że wchodząc w istniejące struktury czułabym się jak chomik w mysiej klatce, bez możliwości swobodnego poruszania się i bez opcji wyboru autonomicznego życia. Z drugiej jednak strony moje wspomnienia dotyczące budowanych relacji z ludźmi i samą sobą wtedy, gdy uczestniczyłam aktywnie w systemie wierzeń jest czymś do czego powracam z sentymentem. Płynę więc jak stary człowiek na starej łajbie i wpatrując się w ocean i własne odbicie w wodzie odnajduję swój sposób na wiarę. Wiarę, że ocean mnie nie pochłonie, a nawet jeśli to cokolwiek się wydarzy, i tak będzie dla mnie dobre.
Czy można być czegokolwiek pewnym? Czy to w ogóle jest komukolwiek potrzebne?
24 sty 2016
Tworzenie
Dawno temu, w okolicznościach rodzinnych miały miejsce wydarzenia, które pobudzały mnie do myślenia. Chodziło o stanowisko w sprawie. Wówczas zaczęłam myśleć, że zamiast z czymś walczyć, lepiej coś tworzyć.
Było to jakieś 20 lat temu. Przez te lata wiele się wydarzyło i choć nie zawsze MYŚLAŁAM o tym by tworzyć, to tak po prostu żyłam.
Dziś myśl wróciła do mnie i wydała się niezwykle inspirująca. Zobaczyłam, że pomimo iż wybiórczo traktuję media to i tak zbyt mocno pozwalam im sobą zawładnąć. A gdy moje serce i głowa są w rękach kogoś kim nie jestem ja, wtedy i moje tworzenie jest bez znaczenia. Niczego nie wnosi, wszystko powtarza.
Słuchałam wczoraj radia, stacji której niegdyś byłam bardzo wierna. Wczoraj słuchałam po długiej przerwie. Po kilku godzinach najbardziej zaintrygowały mnie reklamy. One naprawdę mają moc. One reprezentują ten byt, który zwalnia z potrzeby tworzenia. Nie tylko zwalnia, wręcz zniewala tak dalece by tworzenie w ogóle wyeliminować.
Było to jakieś 20 lat temu. Przez te lata wiele się wydarzyło i choć nie zawsze MYŚLAŁAM o tym by tworzyć, to tak po prostu żyłam.
Dziś myśl wróciła do mnie i wydała się niezwykle inspirująca. Zobaczyłam, że pomimo iż wybiórczo traktuję media to i tak zbyt mocno pozwalam im sobą zawładnąć. A gdy moje serce i głowa są w rękach kogoś kim nie jestem ja, wtedy i moje tworzenie jest bez znaczenia. Niczego nie wnosi, wszystko powtarza.
Słuchałam wczoraj radia, stacji której niegdyś byłam bardzo wierna. Wczoraj słuchałam po długiej przerwie. Po kilku godzinach najbardziej zaintrygowały mnie reklamy. One naprawdę mają moc. One reprezentują ten byt, który zwalnia z potrzeby tworzenia. Nie tylko zwalnia, wręcz zniewala tak dalece by tworzenie w ogóle wyeliminować.
16 sty 2016
Racja Kowalskiego
O! Właśnie chciałam się wypowiedzieć, gdy padł mi internet. To miłe. Jestem sobie sama z własnymi myślami.
Co jakiś czas pojawiają się wokół mnie różne ideologie. Często najpierw je neguję. Potem się nad nimi zastanawiam. Jeśli po jakimś czasie moje osobiste stanowisko pozostaje niejasne, zgłębiam temat. I tu następuje niebezpieczna chwila. Szukanie, szperanie, analizowanie i tworzenie własnych opinii zaczyna mnie zniewalać. Przestaję żyć własnym życiem, zaczynam natomiast próbować dowieźć prawdy lub słuszności jakiegoś punktu widzenia.
Dziś byłam świadkiem rozmowy, która dotyczyła tematu, w którym moje stanowisko jest wciąż niejednoznaczne. Decyzję podjęłam już dawno, ale nadal nie wiem czy moja wiedza jest wystarczająca. Innymi słowy, poszłam intuicyjnie w kierunku jakiś poszukiwań. Obrałam jakiś kierunek bo bliskie są mi pewne założenia. Poszukiwania trwały długo, a życie wymagało ode mnie konkretnych działań. Decyzje trzeba było podjąć.
Kiedyś myślałam, że świat jest biało-czarny, dziś odnajduję w sobie coraz więcej szacunku do różnorodności. Prawdopodobnie istnieje jedna prawda, myślę jednak, że człowiekowi do niej daleko. Myślę, że rolą człowieka nie jest pławienie się w posiadaniu prawdy absolutnej lecz dążenie do niej. Podróże kształcą.
Stąd coraz częściej reaguję na ową skostniałą, czarno-białą hipotezę, w ramach której ludzie twierdzą, że wiedzą i dlatego mają prawo do ubliżania tym, którzy wiedzą 'inaczej'. I nie chodzi mi o to jak człowiek traktuje człowieka, ale o to, że 'pewność niepewna' i jako taka ma w sobie o wiele więcej pokory niż przeciętny Kowalski. Lecz to przeciętny Kowalski staje się w którymś momencie swojego życia nosicielem prawdy, którą mu za młodu wtłoczono. To on właśnie nosi ją z dumą i przekonaniem, że ma rację. To on wreszcie, reprezentuje ideologię, która spotyka się z inną ideologią innego Kowalskiego i wtedy następuje problem. BUM. Wojna. Walka. Zawiść.
Wierzę, że człowiek jest podróżnikiem i swoją opinię może zmienić wiele raz w ciągu jednego krótko-długiego życia. Wierzę, że człowiek nie jest predystynowany do walki i uśmiercania, lecz do życia, do dobrego życia.
Co jakiś czas pojawiają się wokół mnie różne ideologie. Często najpierw je neguję. Potem się nad nimi zastanawiam. Jeśli po jakimś czasie moje osobiste stanowisko pozostaje niejasne, zgłębiam temat. I tu następuje niebezpieczna chwila. Szukanie, szperanie, analizowanie i tworzenie własnych opinii zaczyna mnie zniewalać. Przestaję żyć własnym życiem, zaczynam natomiast próbować dowieźć prawdy lub słuszności jakiegoś punktu widzenia.
Dziś byłam świadkiem rozmowy, która dotyczyła tematu, w którym moje stanowisko jest wciąż niejednoznaczne. Decyzję podjęłam już dawno, ale nadal nie wiem czy moja wiedza jest wystarczająca. Innymi słowy, poszłam intuicyjnie w kierunku jakiś poszukiwań. Obrałam jakiś kierunek bo bliskie są mi pewne założenia. Poszukiwania trwały długo, a życie wymagało ode mnie konkretnych działań. Decyzje trzeba było podjąć.
Kiedyś myślałam, że świat jest biało-czarny, dziś odnajduję w sobie coraz więcej szacunku do różnorodności. Prawdopodobnie istnieje jedna prawda, myślę jednak, że człowiekowi do niej daleko. Myślę, że rolą człowieka nie jest pławienie się w posiadaniu prawdy absolutnej lecz dążenie do niej. Podróże kształcą.
Stąd coraz częściej reaguję na ową skostniałą, czarno-białą hipotezę, w ramach której ludzie twierdzą, że wiedzą i dlatego mają prawo do ubliżania tym, którzy wiedzą 'inaczej'. I nie chodzi mi o to jak człowiek traktuje człowieka, ale o to, że 'pewność niepewna' i jako taka ma w sobie o wiele więcej pokory niż przeciętny Kowalski. Lecz to przeciętny Kowalski staje się w którymś momencie swojego życia nosicielem prawdy, którą mu za młodu wtłoczono. To on właśnie nosi ją z dumą i przekonaniem, że ma rację. To on wreszcie, reprezentuje ideologię, która spotyka się z inną ideologią innego Kowalskiego i wtedy następuje problem. BUM. Wojna. Walka. Zawiść.
Wierzę, że człowiek jest podróżnikiem i swoją opinię może zmienić wiele raz w ciągu jednego krótko-długiego życia. Wierzę, że człowiek nie jest predystynowany do walki i uśmiercania, lecz do życia, do dobrego życia.
13 sty 2016
Od nadmiaru głowa boli
Przeczytałam dziś pewien artykuł na temat tego, że rośnie nam społeczeństwo pierdół. Artykuł wzięty z poczytnej gazety. Potem przeczytałam komentarz do tekstu źródłowego napisany na czyimś blogu. Zastanowiłam się chwilę i doszłam do wniosku, że i jedna i druga strona jest w kłopotliwej sytuacji. Obydwaj autorzy walczą o lepsze dziś i jutro i obydwaj stosują tę samą metodę - szukania belki w oku. I gdy czytałam te słowa to doszłam do wniosku, że należę do tej samej grupy ludzi, którzy mają w sobie mało siebie bo większość to siła napływowa systemowych elektronów. Bo niby jak mam być autonomiczna w swoim myśleniu, jeśli aktywnie uczestniczę w życiu społeczeństwa sterowanego? Jak mam odnaleźć osobiste przemyślenia jeśli moja osobista przestrzeń jest tak mała, że czasem sama jej nie dostrzegam?
Jednak jest jedno wydarzenie, które skłania mnie ku artykułowi o pierdołowatości społeczeństwa, mianowicie kilka dni temu stanęła w mojej kuchni piękna, lśniąca i błyszcząca praleczka. Poprzednia pożegnała się ze swym żywotem w dość dramatycznym momencie systemowego życia, ale nie o tym. Przyjechała. Przeczytałam instrukcję bo to nie pralka frania i guzików ma dużo po czym zaczęłam skrupulatnie wykonywać zalecane czynności. A tu miga i pika choć nie powinno! No to dzwonię po specjalistę. Przyjechał! Pan, który się zna na pralkach, który powie mi czemu pika i miga choć nie powinno i odpowie na dodatkowe pytanie, na które w instrukcji obsługi odpowiedzi nie znalazłam. Pan przyjechał i naprawił co trzeba, po czym chętnie wysłuchał pytania i spojrzał na mnie ze szczerą (jak mniemam) odpowiedzią NIE WIEM. Czar prysł! Bo nie wiem czy ta ilość guzików, która mnie poraziła, poraziła też i pana specjalistę, czy to system kształcenia, czy to coś innego, jednak ten pan naprawdę, zupełnie szczerze nie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie. I wówczas pomyślałam sobie: 'Kurcze, w moim dzieciństwie pan od pralek wiedział o pralkach wszystko!'
Napisałam ten tekst chyba dlatego by wiedzieć po raz kolejny czemu robię to co robię i ograniczam robienie innych rzeczy. Z każdym dniem dokonuję wyborów, na które nie było mnie stać w wieku nastu lat bo wówczas byłam tak bardzo podatna na wpływy. Teraz..... teraz też jestem, przede wszystkim jestem już przesiąknięta systemami myślenia, sposobami reagowania i kodami kulturowymi. Ciężko jest znaleźć osobistą przestrzeń. Piszę by zaprosić samą siebie i Ciebie do wyłączania wszystkich przedmiotów, bez których życie jest niemożliwe i zwyczajnie pożyć. Bez wiedzy na temat tego co się dzieje u sąsiada, w innym kraju, na innym kontynencie. By pożyć tu i teraz, grając w domino z dzieckiem czy tańcząc z nim śmiejąc się do rozpuku. Zapraszam Cię i mam nadzieję, że przyjmiesz to zaproszenie, ku Twojej i mojej szczęśliwości.
Jednak jest jedno wydarzenie, które skłania mnie ku artykułowi o pierdołowatości społeczeństwa, mianowicie kilka dni temu stanęła w mojej kuchni piękna, lśniąca i błyszcząca praleczka. Poprzednia pożegnała się ze swym żywotem w dość dramatycznym momencie systemowego życia, ale nie o tym. Przyjechała. Przeczytałam instrukcję bo to nie pralka frania i guzików ma dużo po czym zaczęłam skrupulatnie wykonywać zalecane czynności. A tu miga i pika choć nie powinno! No to dzwonię po specjalistę. Przyjechał! Pan, który się zna na pralkach, który powie mi czemu pika i miga choć nie powinno i odpowie na dodatkowe pytanie, na które w instrukcji obsługi odpowiedzi nie znalazłam. Pan przyjechał i naprawił co trzeba, po czym chętnie wysłuchał pytania i spojrzał na mnie ze szczerą (jak mniemam) odpowiedzią NIE WIEM. Czar prysł! Bo nie wiem czy ta ilość guzików, która mnie poraziła, poraziła też i pana specjalistę, czy to system kształcenia, czy to coś innego, jednak ten pan naprawdę, zupełnie szczerze nie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie. I wówczas pomyślałam sobie: 'Kurcze, w moim dzieciństwie pan od pralek wiedział o pralkach wszystko!'
Napisałam ten tekst chyba dlatego by wiedzieć po raz kolejny czemu robię to co robię i ograniczam robienie innych rzeczy. Z każdym dniem dokonuję wyborów, na które nie było mnie stać w wieku nastu lat bo wówczas byłam tak bardzo podatna na wpływy. Teraz..... teraz też jestem, przede wszystkim jestem już przesiąknięta systemami myślenia, sposobami reagowania i kodami kulturowymi. Ciężko jest znaleźć osobistą przestrzeń. Piszę by zaprosić samą siebie i Ciebie do wyłączania wszystkich przedmiotów, bez których życie jest niemożliwe i zwyczajnie pożyć. Bez wiedzy na temat tego co się dzieje u sąsiada, w innym kraju, na innym kontynencie. By pożyć tu i teraz, grając w domino z dzieckiem czy tańcząc z nim śmiejąc się do rozpuku. Zapraszam Cię i mam nadzieję, że przyjmiesz to zaproszenie, ku Twojej i mojej szczęśliwości.
25 gru 2015
Po Świętach czas na relaks
Wszelkie teorie biorą w łeb gdy stajesz w obliczu nowego doświadczenia. Wszystko co wiedziałaś dotychczas, ulega przeistoczeniu, nie umiesz postrzegać siebie tak jak niegdyś.
Piękna jest polska tradycja: przygotowanie duchowe w adwencie, przygotowanie materialne w postaci wyzbycia się tego co stare i przyjęcia tego co nowe. Piękna jest także tradycja pustego nakrycia na stole.... Piękne i pracochłonne.
Ja w tym roku, żebym nie wiem jak bardzo się starała, nie mialam szansy poddać się temu szałowi tradycji i to czego doświadczyłam po Wigilii bylo ja smak nieba na ziemi.... Cisza w domu, dziewczynki spały, a ja miałam czas by pobyć. To co robiłam w swojej glowie niech pozostanie tajemnicą, natomiast to wspaniałe poczucie spokoju i relaks niech będą transparentne w tej chwili.
Myślę, że każdy używa innych symboli i inne doświadczenia odmieniają życie poszczególnych jednostek, mnie natomiast odpowiada symbolika materialno-duchowa. Bardzo odpowiada mi, że bez presji zrobiłam tyle ile czułam by zrobić i w taki sposób jaki mi odpowiadał. Wciąż wiele drobnostek czeka na realizację jednak cieszę się, że w tym roku wybrałam zabawę z dziewczynami mając na środku pokoju sofę, odkurzacz i mnóstwo innych przedmiotów, które ostatecznie wyrzuciłam zamiast stresować się tym co jeszcze zrobić powinnam. Cieszy mnie, że kolacja byla bardziej uroczysta ale wciąż skromna i bez szaleństw, dzięki temu zyskałam wiele wspaniałych chwil na modlitwie, medytacji, zabawie, spacerach i spaniu. Cieszę się, że obecny spokój konfrontuję z tradycją, do której bylam przyzwyczajona. Nagle okazalo sie, że w tej spokojnej egzystencji więcej bylo Boga niż w niegdysiejszych nerwach, kolejkach i ciągłym odrzucaniu dzieci na rzecz gotowania czegoś, na co one i tak nie mają ochoty.
Wesołych:)
16 gru 2015
Coś zaczyna wychodzić
Trochę Was ominęło. Trochę ząbkowania, bólu ucha i kilka chwil deszczu oraz codzienna harmonia krzyku, płaczu, śmiechu, bałaganu i kilku takich tam. Tyle Was ominęło. Były w międzyczasie nawet myśli, które stanowiły o mnie, ale nie znalazła się w mojej kreatywności metoda by je zapisać, zapamiętać lub zwyczajnie wdrożyć:) Światłe cele czasem muszą poczekać;)
Teraz jest cicho. Ucho nie słyszy, ale nie musi.... Ważne, że choć głuche, to nie boli. Dziewczyny śpią, tata śpi, lampka świeci.
Nie piszę tu dużo o dzieciach i mojej codzienności. Nie interesuje mnie zasypywanie Was osobistymi doświadczeniami. Właściwie nie lubię tych przekazów, w których człowiek musi się mizdrzyć przed innymi w szlafroku i na dodatek wierzyć, że to jest naprawdę cool, spoko i zajebiste. Natomiast ostatnio, gdy nie miałam jak zasiąść do komputera, pomyślałam sobie, że moja codzienność jest obecnie mocno wypełniona tematem dzieci. Jestem więc na etapie kobiecości macierzyństwa. Ani to złe, ani dobre, tak zwyczajnie jest. Do myśli pierwotnej dobiegła kolejna, towarzyszka serca i ta jest obecnie ważniejsza, chcę ją rozwinąć.
Będąc mamą można być: tylko mamą, można zostawić macierzyństwo na boku i zająć się pracą, albo szukać złotego środka. Ja poszłam w kierunku złota bo jak wiadomo większość kobiet to sroki:)
Obserwuję właśnie owoce moich działań jako wolontariuszki, inicjatorki, babki od robienia zamieszania. I słowo daję japa mi się cieszy jak to wszystko widzę, jednocześnie zaczynam teraz pojmować siłę procesu i wytrwałości. Kiedyś męczyło mnie czekanie, sądziłam, że jeśli efekty nie przychodzą od razu to znaczy, że coś jest nie tak. Dzieci, ich ząbkowanie, płacz i wszystko co siedzi w pakiecie sprawiają, że jeśli nie chcę ich odstawić na bok - wiele rozpoczętych spraw musi czekać, dojrzewać, a ja milczę i jestem pasywna bo takiego dokonałam wyboru. Poniekąd dzieci są alibi bo dają mi prawdziwy czas na przemyślenie spraw. Kiedyś pędziłam, dość spontanicznie i emocjonalnie, co oczywiście wzmagało niecierpliwość. Dziś, paradoksalnie, jestem spokojniejsza. Mimo iż moja codzienność to wariactwo, o którym napisałam na początku - ja jestem dojrzalsza.
Ważny był pierwszy krok. Bez planu, ani biznesplanu. Ważny był moment gdy zdecydowałam się na zorganizowanie czytanek w bibliotece. Wyszłam wówczas do ludzi. Bez wyglądu, bez pewności, czy pomysł się przyjmie. Wyszłam jednak do ludzi bo miałam wewnętrzną potrzebę. Miałam też bardzo silne przekonania odnośnie języka polskiego mojej córki (wówczas tylko jedna była na świecie) i całej otoczki związanej ze społeczeństwem, kulturą, tradycją, sposobem rozumowania, itp. Wszystko to było tak silne we mnie, że wyszłam do ludzi i zaczęłam stawiać małe kroki. Nie znałam wówczas innych celów jak tylko ten by moje dziecko rozmawiało ze mną po polsku.
Dziś sytuacja wygląda inaczej. Szczęśliwie pomysł czytanek się przyjął i zyskał zwolenników, natomiast w mojej głowie rodzi się produkt, który mam nadzieję, w przyszłości uwolni mnie od myślenia o szukaniu pracy. To zaledwie jeden wątek, a jest ich kilka i wszystkie jak jeden mąż oparte są na wytrwałości i procesie.
Jak sobie przypominam w jaki sposób spędzałam pierwsze tygodnie z niemowlęciem to pamiętam, że słuchałam wielu audiobooków i innych materiałów, na które nie mam zwykle czasu (bo brak mi cierpliwości!!!!), natomiast zawsze chciałam się z nimi zapoznać. Do teraz bywają chwile gdy nie mogę nawet słuchać bo akurat tak wychodzi i wtedy mam ze sobą tylko moje myśli i uczucia. One dojrzewają w tematach, które podejmuję. One mają czas na podtrzymywanie idei, rozwijanie, bądź odrzucanie jej. Nie ma pośpiechu, nie ma współczesnej determinacji. Jest bycie w chwili, bycie z tematem, życie tym co jest moim priorytetem.
Mogłabym się pokusić o taki zapis, że skoro moje macierzyństwo przynosi owoce nie tylko w życiu osobistym, ale i zawodowym to każda matka tak może. To takie współczesne....:) Jednak ograniczę się do zachęty. Chcę Ciebie zachęcić do tego by słuchać samej siebie, często odłączać się od technologii, separować od codzienności i być tylko w swoim własnym towarzystwie. Myślę, że warto być uczciwą wobec samej siebie, mnie to w każdym razie pomaga.
Współczesne metody planowania są według mnie trochę płaskie, odbierają człowiekowi szansę współpracy z własnym wnętrzem jak i całym światem. Mnie się podoba kroczenie własną drogą, poznawanie siebie poprzez kroczenie tą drogą i to, że coraz bardziej można się wówczas uwolnić od świata i być coraz szczęśliwszym w codzienności.
Fot. znalezione w internecine.
Teraz jest cicho. Ucho nie słyszy, ale nie musi.... Ważne, że choć głuche, to nie boli. Dziewczyny śpią, tata śpi, lampka świeci.
Nie piszę tu dużo o dzieciach i mojej codzienności. Nie interesuje mnie zasypywanie Was osobistymi doświadczeniami. Właściwie nie lubię tych przekazów, w których człowiek musi się mizdrzyć przed innymi w szlafroku i na dodatek wierzyć, że to jest naprawdę cool, spoko i zajebiste. Natomiast ostatnio, gdy nie miałam jak zasiąść do komputera, pomyślałam sobie, że moja codzienność jest obecnie mocno wypełniona tematem dzieci. Jestem więc na etapie kobiecości macierzyństwa. Ani to złe, ani dobre, tak zwyczajnie jest. Do myśli pierwotnej dobiegła kolejna, towarzyszka serca i ta jest obecnie ważniejsza, chcę ją rozwinąć.
Będąc mamą można być: tylko mamą, można zostawić macierzyństwo na boku i zająć się pracą, albo szukać złotego środka. Ja poszłam w kierunku złota bo jak wiadomo większość kobiet to sroki:)
Obserwuję właśnie owoce moich działań jako wolontariuszki, inicjatorki, babki od robienia zamieszania. I słowo daję japa mi się cieszy jak to wszystko widzę, jednocześnie zaczynam teraz pojmować siłę procesu i wytrwałości. Kiedyś męczyło mnie czekanie, sądziłam, że jeśli efekty nie przychodzą od razu to znaczy, że coś jest nie tak. Dzieci, ich ząbkowanie, płacz i wszystko co siedzi w pakiecie sprawiają, że jeśli nie chcę ich odstawić na bok - wiele rozpoczętych spraw musi czekać, dojrzewać, a ja milczę i jestem pasywna bo takiego dokonałam wyboru. Poniekąd dzieci są alibi bo dają mi prawdziwy czas na przemyślenie spraw. Kiedyś pędziłam, dość spontanicznie i emocjonalnie, co oczywiście wzmagało niecierpliwość. Dziś, paradoksalnie, jestem spokojniejsza. Mimo iż moja codzienność to wariactwo, o którym napisałam na początku - ja jestem dojrzalsza.
Ważny był pierwszy krok. Bez planu, ani biznesplanu. Ważny był moment gdy zdecydowałam się na zorganizowanie czytanek w bibliotece. Wyszłam wówczas do ludzi. Bez wyglądu, bez pewności, czy pomysł się przyjmie. Wyszłam jednak do ludzi bo miałam wewnętrzną potrzebę. Miałam też bardzo silne przekonania odnośnie języka polskiego mojej córki (wówczas tylko jedna była na świecie) i całej otoczki związanej ze społeczeństwem, kulturą, tradycją, sposobem rozumowania, itp. Wszystko to było tak silne we mnie, że wyszłam do ludzi i zaczęłam stawiać małe kroki. Nie znałam wówczas innych celów jak tylko ten by moje dziecko rozmawiało ze mną po polsku.
Dziś sytuacja wygląda inaczej. Szczęśliwie pomysł czytanek się przyjął i zyskał zwolenników, natomiast w mojej głowie rodzi się produkt, który mam nadzieję, w przyszłości uwolni mnie od myślenia o szukaniu pracy. To zaledwie jeden wątek, a jest ich kilka i wszystkie jak jeden mąż oparte są na wytrwałości i procesie.
Jak sobie przypominam w jaki sposób spędzałam pierwsze tygodnie z niemowlęciem to pamiętam, że słuchałam wielu audiobooków i innych materiałów, na które nie mam zwykle czasu (bo brak mi cierpliwości!!!!), natomiast zawsze chciałam się z nimi zapoznać. Do teraz bywają chwile gdy nie mogę nawet słuchać bo akurat tak wychodzi i wtedy mam ze sobą tylko moje myśli i uczucia. One dojrzewają w tematach, które podejmuję. One mają czas na podtrzymywanie idei, rozwijanie, bądź odrzucanie jej. Nie ma pośpiechu, nie ma współczesnej determinacji. Jest bycie w chwili, bycie z tematem, życie tym co jest moim priorytetem.
Mogłabym się pokusić o taki zapis, że skoro moje macierzyństwo przynosi owoce nie tylko w życiu osobistym, ale i zawodowym to każda matka tak może. To takie współczesne....:) Jednak ograniczę się do zachęty. Chcę Ciebie zachęcić do tego by słuchać samej siebie, często odłączać się od technologii, separować od codzienności i być tylko w swoim własnym towarzystwie. Myślę, że warto być uczciwą wobec samej siebie, mnie to w każdym razie pomaga.
Współczesne metody planowania są według mnie trochę płaskie, odbierają człowiekowi szansę współpracy z własnym wnętrzem jak i całym światem. Mnie się podoba kroczenie własną drogą, poznawanie siebie poprzez kroczenie tą drogą i to, że coraz bardziej można się wówczas uwolnić od świata i być coraz szczęśliwszym w codzienności.
Fot. znalezione w internecine.
13 gru 2015
Równowaga
Jak noc potrzebna jest by spać, tak dzień by dostrzegać piękno życia. Jak doświadczenie potrzebne jest by zbliżyć się do mądrości i dobroci, tak obserwacja do tego by pozostać otwartym na świat wokół.
11 gru 2015
Nie rób z siebie ofiary!
Bo to jest łatwy wybór.
Bo to popularna postawa, która zwalnia z podejmowania odpowiedzialności za siebie, to co się mówi, myśli i robi.
Bo tak nas nauczono.
Bo...
Oduczam się tej postawy i uśmiecham się do siebie zawsze gdy widzę efekty. Przypominam sobie często, żeby trzymać się od tej roli z daleka. Gdy tak robię, natychmiast zmienia się mój sposób reagowania. To działa trochę jak automat.
Cieszę się bo gdy odważnie biorę swoje życie pod rękę, przestaję się go bać i uciekać przed nim. Koncentruję się na robocie, a nie wyuczonych schematach.
Cieszę się bo wolność odczuwam jeszcze bardziej niż dotychczas. To tak jakby do tej pory moje doświadczenie wolności było jakby powierzchniowe, niezbyt pełne, niedojrzałe.
Cieszę się bo choć przez całe lata rola ofiary niezmiernie mi odpowiadała to obecnie odpowiada mi bycie szefem. Fakt, że nikt mnie nie niszczy bo ja na to nikomu nie pozwalam daje mi ogrom siły i samozadowolenia.
Idę. Mam dużo nagrań do wysłuchania:)
Dobranoc
6 gru 2015
Konkurencja
Z tą konkurencją to mam tak, że nawet jeśli jest mi super bliska osobiście, to i tak działa na nerwy służbowo:) Nie wiem czy to tylko moja choroba czy każdy tak ma, ale ja przyznaję uczciwie, że wkurza mnie jak mam konkurencję. To chyba kolejne olśnienie w ostatnim okresie! Konkurencja, różne sposoby realizacji tych samych pomysłów, podbieranie pomysłów, metod.... Lepiej robić coś bezprecedensowego, uniknąć tych myśli, na które trwonię swój czas. Po co mi to?
Jestem tu na chwilę, krótką chwilę porównując ją z wiecznością. Czy muszę tę chwilę poświęcić na myśli, które mnie drażnią? Chyba nie. Chyba mogę skoncentrować się na własnej podróży, bez poszukiwania plagiatów, obserwowania branży, itp. Po raz kolejny słyszę słowa Młynarskiego: 'Róbmy swoje'....
Współczesny świat skonstruowany jest dokładnie na opak. Są trendy, strategie, metody działania i trzeba się ich trzymać by odnieść sukces. Współcześnie cokolwiek robimy, mamy to robić dla osiągnięcia sukcesu. Przychód nie może być przychodem, spełnienie spełnieniem, a szczęście szczęściem, bo wszystko trza wsadzić do jednego sagana z sukcesem. Nawet macierzyństwo jest brane pod lupę sukcesu, czyż to nie żenujące?!
A jak się siedzi w domu i czasem spędza czas tylko z dzieckiem bo ono płacze, coś mu dolega to cóż... nie można zrobić wiele. Trzeba to przetrwać, być z nim i dla niego. Czas płynie na 'bezproduktywnym' byciu... Myślę teraz, że to może być paradoksalnie niezmiernie owocny czas. Czas oczyszczenia, odejścia od nurtu, głównych strategii i medialnego chaosu. Czas kiedy słyszymy głównie dziecko, a w tle samą siebie. Wtedy, w tej stagnacji i alienacji może ponownie zakwitnąć mądrość, zwyczajna ludzka mądrość i uświadomienie sobie kim się naprawdę jest.
Tak, nie lubię konkurencji ale chyba już myśleć o niej nie muszę bo wyłączę komputer i przeżyję ten dzień według własnego uznania, a nie tego co mi chce na siłę wcisnąć świat.
Jestem tu na chwilę, krótką chwilę porównując ją z wiecznością. Czy muszę tę chwilę poświęcić na myśli, które mnie drażnią? Chyba nie. Chyba mogę skoncentrować się na własnej podróży, bez poszukiwania plagiatów, obserwowania branży, itp. Po raz kolejny słyszę słowa Młynarskiego: 'Róbmy swoje'....
Współczesny świat skonstruowany jest dokładnie na opak. Są trendy, strategie, metody działania i trzeba się ich trzymać by odnieść sukces. Współcześnie cokolwiek robimy, mamy to robić dla osiągnięcia sukcesu. Przychód nie może być przychodem, spełnienie spełnieniem, a szczęście szczęściem, bo wszystko trza wsadzić do jednego sagana z sukcesem. Nawet macierzyństwo jest brane pod lupę sukcesu, czyż to nie żenujące?!
A jak się siedzi w domu i czasem spędza czas tylko z dzieckiem bo ono płacze, coś mu dolega to cóż... nie można zrobić wiele. Trzeba to przetrwać, być z nim i dla niego. Czas płynie na 'bezproduktywnym' byciu... Myślę teraz, że to może być paradoksalnie niezmiernie owocny czas. Czas oczyszczenia, odejścia od nurtu, głównych strategii i medialnego chaosu. Czas kiedy słyszymy głównie dziecko, a w tle samą siebie. Wtedy, w tej stagnacji i alienacji może ponownie zakwitnąć mądrość, zwyczajna ludzka mądrość i uświadomienie sobie kim się naprawdę jest.
Tak, nie lubię konkurencji ale chyba już myśleć o niej nie muszę bo wyłączę komputer i przeżyję ten dzień według własnego uznania, a nie tego co mi chce na siłę wcisnąć świat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

