No tak! Po co to czytasz?
Nie byłoby lepiej wyłączyć internety, światło, i wszelkie dziwne narzędzia po to by pobyć w ciszy? Ze sobą..., z drugim człowiekiem...? Czyż to nie miałoby więcej sensu?
Czy teza z tytułu jest słuszna, odpowiesz sobie sama. Osobiście nie blogów. Czasem, gdy poszukuję jakiejś informacji i zaczynam googlować, wtedy natrafiam na różne źródła. Wśród nich bywają adresy blogów. Nie mam bloga, którego czytam regularnie. Czy jestem o to uboższa? Kto wie, może tak!
Po co piszę bloga?
No tak, pytanie dotyczące źródła. Każdy ma swoje motywy, a ja piszę, żeby sobie pogadać. Głównie po to piszę. Kiedyś prowadziłam pamiętnik, taki zeszytowy, a dziś prowadzę bloga i coś w rodzaju pamiętnika. No bo o wszystkim na blogu nie napiszę, prawda?
Tak, kiedyś, gdy pisałam bardziej emocjonalnie miałam więcej stałych czytelników, było to kilka osób, które lubiły witać dzień z odczytywaniem moich porannych wpisów. Dziś myślę, że i czytelników jest mniej i ja mniej piszę. A czemu mniej? Bo to inny etap życia, inne potrzeby, inne priorytety... Wszystko inne.
Czasem mam w głowie myśli, którymi chcę się podzielić, ale codzienność nie pozwala, bo w ciągu dnia pochłonięta jestem macierzyństwem, a wieczorami staram się zająć własnymi sprawami. A takie myśli, które przychodzą są niezwykle spontaniczne, nie poczekają na 'lepszy' moment. Są i zaraz znikną. Jak mandala tybetańska. Taką siłę ma myśl... Taką wartość... Myślę więc, że nikt nie traci gdy nie zapisuję tych myśli. Są wolne od bagażu istnienia.
Jednak świadomość, że mam się gdzie wypowiedzieć i jest to stworzona przeze mnie sfera bardzo mi odpowiada. Dzięki temu czuję się tu jak u siebie w domu. Kto wie, może zwyczajność moich wpisów jest komuś drogie, może przydatne, może kogoś podnosi na duchu, nazywa czyjeś uczucia...
To jest moja perspektywa, blogerki, gaduły, która potrzebuje się wygadać i czasem ma coś do powiedzenia. Ale z punktu widzenia czytelnika?
Jeśli czytasz ten tekst to może zechcesz dać sobie 5 minut na przemyślenia. Mam jedno pytanie, jedno jedyne pytanie, na które możesz spróbować odpowiedzieć i nad odpowiedzią się zatrzymać:
JAKIE CZYNNOŚCI, KTÓRYM PODDAJESZ SIĘ CODZIENNIE TO WEDŁUG CIEBIE STRATA CZASU?
Facebook?
Telefon/wszelkie urządzenia z internetem?
TV
Aktualności z kraju i ze świata?
Makijaż?
Prasowanie?
Wycieranie kurzu?
Jogging?
Medytacja?
Modlitwa?
Hobby?
Rozmowa z drugim człowiekiem?
Praca?
...?
Na co tracisz codziennie czas?
Ja mam kilka takich pozycji, ale się nimi z Tobą nie podzielę. Czy pisanie bloga jest moją stratą czasu? Nie. Poza tym, że czasem dostaję wiadomości od osób, które się na moich blogach zatrzymują i nawiązują ze mną dialog, traktuję tę czynność jako mój własny czas dla siebie. Aktualnie zadałam sobie bardzo ważne pytanie - na co marnuję czas? Które aplikacje wyrzucić z telefonu, które czynności wykonywać inaczej lub z nich zrezygnować, itp., itd. Powyższe pytanie dotyczy także mnie i zaraz stanę przed sobą i sobie na nie odpowiem.
Zatem czy pisanie czy czytanie bloga jest bez sensu? Czy ostatnie minuty są dla Ciebie czasem straconym? Czy coś się w Tobie wydarzyło?
A może sama chcesz pisać bloga? Czemu tego nie robisz?
Czy tracąc czas odbierasz sobie szansę robienia czegoś co mogłoby Ci przynieść faktyczne korzyści?
Dziękuję, że zatrzymałaś się. Mam nadzieję, że herbata smakowała, a myśli wprawiły Cię w stan zadowolenia. Bywaj zdrowa i szczęśliwa.
Do usłyszenia:)
30 mar 2016
28 mar 2016
Wielkanoc
Każdego roku moje doświadczenie świąt jest inne, mam na myśli te najważniejsze chrześcijańskie święta: Boże Narodzenie i Wielkanoc. Pamiętam jak przeżywałam ten czas będąc nastolatką i przyglądam się temu jak wygląda teraźniejszość.
Dziś piszę nie po to by opisywać moje Święta ale dlatego, że w ostatnim czasie pojawiło się w mojej głowie wiele znaków zapytania, pojedynczych myśli, obejrzałam wiele filmów dokumentalnych, posłuchałam kilku wywiadów i głowa sama zaczyna szukać. To się dzieje naturalnie.
Im więcej wiem tym mam mniej pewności i tym więcej we mnie zrozumienia dla tego co nowe i obce. Nie jestem zachłyśnięta czymś nowym ale zadaję pytania temu co jest mi znane. Czemu Biblia jest okrojona? Czemu jest zapisem niepełnym, ubogim? Nie mam problemu z traktowaniem Pisma Świętego jako słów natchnionych, mój problem dotyczy ludzkiej ingerencji w to dzieło.
Potem na Biblii, która ma rozmaite wersje, zbudowano cały kanon wierzeń, nakazów i zakazów, później zaś cały system przekonań, zachowań. itp. Dziś powołujemy się na tę tradycję i podporządkowujemy jej swoje życie często bez świadomości, że budujemy nasze życie nie na skale, a na glinie bo tak określam ogólnodostępne pismo, które jest nam znane jako Pismo Święte.
Kto ma rację?
Bycie w konglomeratach i tyglach wielokulturowych daje do myślenia. Dialog, w wyniku, którego ludzie poznają to czego wcześniej sobie nie uświadamiali, wywołuje chaos i niepokój, później zaś mobilizuje do zadawania pytań i spoglądania do własnego serca. A w sercu i rozumie musi być dobrze, dopiero wtedy jest dobrze.
Nie wiem co będzie potem, po śmierci. Obecnie bardziej obawiam się tego co dzieje się na ziemi, co ludzie wyprawiają kosztem drugich, jednak właśnie Wielkanoc przyprowadziła mnie do rozważań, na temat sensu, ciągłości, tego co dalej...
Nie pytam kto ma rację, która religia, filozofia czy przemysł ideologiczny. Szukam własnej drogi. Jednak jedno wiem na pewno, że ludziom odbiło, że wszystko się nam naprawdę przekręciło w głowie i wygląda na to, że sami zapuściliśmy się w kozi róg i potrzebna nam będzie jakaś surowa lekcja, żeby się obudzić z letargu.
Miłości i sensu Kochani
Dziś piszę nie po to by opisywać moje Święta ale dlatego, że w ostatnim czasie pojawiło się w mojej głowie wiele znaków zapytania, pojedynczych myśli, obejrzałam wiele filmów dokumentalnych, posłuchałam kilku wywiadów i głowa sama zaczyna szukać. To się dzieje naturalnie.
Im więcej wiem tym mam mniej pewności i tym więcej we mnie zrozumienia dla tego co nowe i obce. Nie jestem zachłyśnięta czymś nowym ale zadaję pytania temu co jest mi znane. Czemu Biblia jest okrojona? Czemu jest zapisem niepełnym, ubogim? Nie mam problemu z traktowaniem Pisma Świętego jako słów natchnionych, mój problem dotyczy ludzkiej ingerencji w to dzieło.
Potem na Biblii, która ma rozmaite wersje, zbudowano cały kanon wierzeń, nakazów i zakazów, później zaś cały system przekonań, zachowań. itp. Dziś powołujemy się na tę tradycję i podporządkowujemy jej swoje życie często bez świadomości, że budujemy nasze życie nie na skale, a na glinie bo tak określam ogólnodostępne pismo, które jest nam znane jako Pismo Święte.
Kto ma rację?
Bycie w konglomeratach i tyglach wielokulturowych daje do myślenia. Dialog, w wyniku, którego ludzie poznają to czego wcześniej sobie nie uświadamiali, wywołuje chaos i niepokój, później zaś mobilizuje do zadawania pytań i spoglądania do własnego serca. A w sercu i rozumie musi być dobrze, dopiero wtedy jest dobrze.
Nie wiem co będzie potem, po śmierci. Obecnie bardziej obawiam się tego co dzieje się na ziemi, co ludzie wyprawiają kosztem drugich, jednak właśnie Wielkanoc przyprowadziła mnie do rozważań, na temat sensu, ciągłości, tego co dalej...
Nie pytam kto ma rację, która religia, filozofia czy przemysł ideologiczny. Szukam własnej drogi. Jednak jedno wiem na pewno, że ludziom odbiło, że wszystko się nam naprawdę przekręciło w głowie i wygląda na to, że sami zapuściliśmy się w kozi róg i potrzebna nam będzie jakaś surowa lekcja, żeby się obudzić z letargu.
Miłości i sensu Kochani
8 mar 2016
Lekcje
Najłatwiej mi się pisze pod wpływem emocji, ale z oczywistych przyczyn od kilku lat nie mogę sobie pozwolić na spontaniczne klikanie. Te czasy powrócą, tymczasem więcej we mnie przemyśleń, mniej gołosłowności (mam nadzieję).
Przypomniały mi się dziś dwie lekcje. Jedną odbyłam gdy miałam naście lat, drugą wciąż studiuję.
Jedna, ta sprzed lat dotyczyła tworzenia i negacji. Wypowiedziałam się na ten temat niedawno więc nie będę się teraz rozwodzić. Jedynie nadmieniam bo ten temat powraca do mnie coraz częściej. Tak było i dziś.
Druga lekcja trwa dość długo i pewnie to konieczne bo albo ja bez przygotowania chodzę do szkoły, albo toporna jestem, uparta, albo kto wie co jeszcze:):)
Chodzi mi o bycie sobą i o systemy. Właściwie gdy dziś o tym myślałam to w mojej głowie moje myśli brzmiały jak ciężkie armaty, teraz dostrzegam swoistą lekkość w słowach. I dobrze.
Długo zmagałam się z tym czy system to zło i tylko zło i czy w ogóle jest alternatywa! Alternatywa to też system! Ba, każdy człowiek to indywidualny system.
Doszłam do wniosku, że oceniać systemu nie ma co, że sama jakoś w nim funkcjonuję i czasem z niego korzystam. Kto wie, może korzystam zeń częściej niż mi się zdaje?... Jednak lepiej mi żyć na obrzeżach systemu niż w jego części centralnej bo....
Myślę, że człowiek lubi żyć w systemie bo to odpowiednik stada, a w stadzie raźniej.
Myślę, że bycie w stadzie jest zupełnie naturalne i na miejscu dla tych, którzy nie mają natury lidera i lubią, gdy inni im wskazują drogę.
Myślę, że system to obszar, który odpowiada za poczucie bezpieczeństwa, bo jeśli się wie jak funkcjonować, to świat wydaje się być poukładany i uporządkowany.
Myślę, że system, jakikolwiek system, od religii przez MLM po wszelkie układy zawodowe ma to do siebie, że służy mniejszości, większość zaś służy.
Myślę, że bycie w służbie systemu jest o tyle frustrujące, że jest się wymienialnym, łatwo zapomnianym, mało istotnym z punktu widzenia całości.
Myślę, że świadomość bycia wymiennym średnio do nas dociera, jeśli już tak się staje - jest nam z tym źle, gorzej gdy stajemy wobec owej prawdy bezradni.
Myślę, że system uczy nas być bezradnym, zależnym, po to by odebrać nam elementarne prawo do bycia sobą.
Myślę, że poznawanie siebie zaspokaja ludzkie potrzeby zarówno tak podstawowe jak wyżywienie i bezpieczeństwo, jak i tak frywolne jak spełnianie marzeń.
Myślę, że poznawanie własnego 'ja' eliminuje lęk przed porażką ponieważ w ogóle nie wprowadza kategorii porażki - po prostu człowiek doświadcza i żyje.
Myślę, że poznawanie siebie wprowadza tego rodzaju porządek w umyśle człowieka, który rozjaśnia takie zagadnienia jak: kim jestem, po co tu jestem, co potrafię sama, a do czego potrzebuję pomocy i jakiej pomocy mi potrzeba.
Myślę, że poznawanie siebie nie jest ryzykowne, tak samo jak posiadanie własnego poglądu na rzeczywistość, na życie, na świat.
Myślę, że poznawanie siebie pomaga w określeniu sensu życia, sensu istnienia, pomaga pomóc odpowiedzieć na pytanie - po co tu jestem i jak to się stało? Kto mnie potrzebował i do czego? Przecież kosmos jest tak wielki, że nawet jeśli ważę 150 kg to i tak jestem tylko drobnym pyłem.
Myślę, że poznawanie siebie pomaga samodzielnie obierać drogi, tworzyć strategie i żyć, a męczy głównie wtedy gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie ma z kim o tym pogadać, bo mało jest ludzi nam podobnych (w domyśle większość wybiera podążanie za liderem).
Myślę wreszcie, że dotarłam do bardzo ważnego punktu w moim życiu - wiedzieć czego chcę dla siebie i moich najbliższych i by się nie bać żyć po swojemu.
Tak.... I tu ukłon w stronę systemu. Myślę, że znajomość siebie pozwala korzystać z systemu w taki sposób, w jaki potrzebuje tego jednostka, oznacza to jednocześnie, że jednostka nie będzie wydymana przez system tylko dlatego, że system chce ją wchłonąć i bezdusznie wykorzystać bo jednostka zna swoje prawa i przywileje i przede wszystkim zna siebie!
Tak, taką wynoszę lekcję na dziś - niech systemy będą i mi służą. Ja, znając siebie, oddam z nawiązką, ale cała wymiana ma być uczciwa i służyć obydwu stronom.
Przypomniały mi się dziś dwie lekcje. Jedną odbyłam gdy miałam naście lat, drugą wciąż studiuję.
Jedna, ta sprzed lat dotyczyła tworzenia i negacji. Wypowiedziałam się na ten temat niedawno więc nie będę się teraz rozwodzić. Jedynie nadmieniam bo ten temat powraca do mnie coraz częściej. Tak było i dziś.
Druga lekcja trwa dość długo i pewnie to konieczne bo albo ja bez przygotowania chodzę do szkoły, albo toporna jestem, uparta, albo kto wie co jeszcze:):)
Chodzi mi o bycie sobą i o systemy. Właściwie gdy dziś o tym myślałam to w mojej głowie moje myśli brzmiały jak ciężkie armaty, teraz dostrzegam swoistą lekkość w słowach. I dobrze.
Długo zmagałam się z tym czy system to zło i tylko zło i czy w ogóle jest alternatywa! Alternatywa to też system! Ba, każdy człowiek to indywidualny system.
Doszłam do wniosku, że oceniać systemu nie ma co, że sama jakoś w nim funkcjonuję i czasem z niego korzystam. Kto wie, może korzystam zeń częściej niż mi się zdaje?... Jednak lepiej mi żyć na obrzeżach systemu niż w jego części centralnej bo....
Myślę, że człowiek lubi żyć w systemie bo to odpowiednik stada, a w stadzie raźniej.
Myślę, że bycie w stadzie jest zupełnie naturalne i na miejscu dla tych, którzy nie mają natury lidera i lubią, gdy inni im wskazują drogę.
Myślę, że system to obszar, który odpowiada za poczucie bezpieczeństwa, bo jeśli się wie jak funkcjonować, to świat wydaje się być poukładany i uporządkowany.
Myślę, że system, jakikolwiek system, od religii przez MLM po wszelkie układy zawodowe ma to do siebie, że służy mniejszości, większość zaś służy.
Myślę, że bycie w służbie systemu jest o tyle frustrujące, że jest się wymienialnym, łatwo zapomnianym, mało istotnym z punktu widzenia całości.
Myślę, że świadomość bycia wymiennym średnio do nas dociera, jeśli już tak się staje - jest nam z tym źle, gorzej gdy stajemy wobec owej prawdy bezradni.
Myślę, że system uczy nas być bezradnym, zależnym, po to by odebrać nam elementarne prawo do bycia sobą.
Myślę, że poznawanie siebie zaspokaja ludzkie potrzeby zarówno tak podstawowe jak wyżywienie i bezpieczeństwo, jak i tak frywolne jak spełnianie marzeń.
Myślę, że poznawanie własnego 'ja' eliminuje lęk przed porażką ponieważ w ogóle nie wprowadza kategorii porażki - po prostu człowiek doświadcza i żyje.
Myślę, że poznawanie siebie wprowadza tego rodzaju porządek w umyśle człowieka, który rozjaśnia takie zagadnienia jak: kim jestem, po co tu jestem, co potrafię sama, a do czego potrzebuję pomocy i jakiej pomocy mi potrzeba.
Myślę, że poznawanie siebie nie jest ryzykowne, tak samo jak posiadanie własnego poglądu na rzeczywistość, na życie, na świat.
Myślę, że poznawanie siebie pomaga w określeniu sensu życia, sensu istnienia, pomaga pomóc odpowiedzieć na pytanie - po co tu jestem i jak to się stało? Kto mnie potrzebował i do czego? Przecież kosmos jest tak wielki, że nawet jeśli ważę 150 kg to i tak jestem tylko drobnym pyłem.
Myślę, że poznawanie siebie pomaga samodzielnie obierać drogi, tworzyć strategie i żyć, a męczy głównie wtedy gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie ma z kim o tym pogadać, bo mało jest ludzi nam podobnych (w domyśle większość wybiera podążanie za liderem).
Myślę wreszcie, że dotarłam do bardzo ważnego punktu w moim życiu - wiedzieć czego chcę dla siebie i moich najbliższych i by się nie bać żyć po swojemu.
Tak.... I tu ukłon w stronę systemu. Myślę, że znajomość siebie pozwala korzystać z systemu w taki sposób, w jaki potrzebuje tego jednostka, oznacza to jednocześnie, że jednostka nie będzie wydymana przez system tylko dlatego, że system chce ją wchłonąć i bezdusznie wykorzystać bo jednostka zna swoje prawa i przywileje i przede wszystkim zna siebie!
Tak, taką wynoszę lekcję na dziś - niech systemy będą i mi służą. Ja, znając siebie, oddam z nawiązką, ale cała wymiana ma być uczciwa i służyć obydwu stronom.
22 lut 2016
Kopa w zad i cała naprzód
Tytuł zapowiada się obiecująco, i któż to wie, może będzie spójny z treścią...
Myślę sobie, że ludzie milczeć już nie potrafią, albo skrytykują, albo zmotywują, albo powiedzą coś żeby zaistnieć ale tak sobie zwyczajnie pobyć, posłuchać, poczytać to już nie. Nieistnienie boli. Świat, czyli ludzie, bo mam na myśli rzeczywistość ziemską, sam wymusza na nas bycie gadułami.
Tak, nie ma co się żalić. Mam co jeść, mam co pić, mam gdzie spać. Wyluzować i dalej...
Myślę sobie, że ludzie milczeć już nie potrafią, albo skrytykują, albo zmotywują, albo powiedzą coś żeby zaistnieć ale tak sobie zwyczajnie pobyć, posłuchać, poczytać to już nie. Nieistnienie boli. Świat, czyli ludzie, bo mam na myśli rzeczywistość ziemską, sam wymusza na nas bycie gadułami.
Tak, nie ma co się żalić. Mam co jeść, mam co pić, mam gdzie spać. Wyluzować i dalej...
14 lut 2016
Droga moja. Spotkanie z wilkiem.
Moja droga czy Twoja, czy kogokolwiek innego, choć niepowtarzalna niesie ze sobą coś co łączy nas wszystkich - niepowtarzalność. Nie jest latwo byc niepowtarzalnym w świecie pełnym systemów, uproszczeń i ujednoliceń. Często to co jest nietypowe dla społeczeństwa, a zupełnie naturalne dla pojedynczego człowieka, zostaje odrzucone lub zignorowane. Trzeba siły Herkulesa zeby przebić sie z bezprecedensową odertą. Takie zazwyczaj określane są mianem 'niemozliwych'. Z drugiej strony, jeśli już oferta 'z księżyca' zostanie przeforsowana, wszyscy mówią o niej w samych superlatywach. Natura ludzka jest przewrotna....
Stop.
Drewniana chata gdzieś w lesie. Relaksujesz się. Urlop po długim i wyczerpującym okresie pracy. Masz świetną sylwetkę, najnowsze gadżety, do chaty przyjechałaś super nowoczesną, bezpieczną, przygotowaną na wszystkie sytuacje terenówką. Pijesz gorącą kawę na ganku wpatrzona w widowiskowy wschód słońca, na palnikach już bulgocze zdrowa strawa na najbliższe dwa dni. Dbasz o siebie, szczególnie teraz. Ten czas jest tylko dla Ciebie! Nikt Ci nie będzie przeszkadzał.
Marzenie, a do realizacji marzeń trzeba mieć plan.
Wilk. Staje przed Tobą wilk. Ty wciąż trzymasz w ręku kawę. Wilk się rozgląda, ty z nim, kolejny wilk. Wataha.
O czym myślisz? Co robisz? Pokieruje Tobą instynkt czy wyuczone zachowanie?
A gdy już przeżyjesz, będziesz bezpieczna, o czym pomyślisz najpierw? Czego będzie Ci żal, do kogo/czego zatęsknisz? Co nie będzie miało żadnego znaczenia?
Ty oko w oko z wilkiem.
5 lut 2016
Znarkotyzowany świat
Mam dreszcze gdy widzę te wszystkie piękne kobiety. Mam dreszcze, gdy widzę ich piękne domy, zadbane ciuchy i cały entourage. Mam dreszcze bo przecież to wszystko tak kusi i przykuwa oko. Chciałoby się mieć tak samo, albo chociaż podobnie, a w najgorszym wypadku minimalną część.
Narkotyki.
Dużo się o nich mówi. Wymyślają co chwilę sposoby na walkę z narkomanią i otumaniają ludzi, że to prawda. Wsadzają narkotyki do jedzenia i każą się nim żywić, ale walczą z marihuaną. Aż mi się zakręciło w głowie!
W łóżkach śpi troje małych dzieci. Trzy śliczne dziewczynki i co je czeka? Elektroniczny świat bezmyślnych i bezdusznych szczurów? Co je czeka?
Bycie świrem wcale nie musi dawać szczęścia. Może jedynie wpędzić w odosobnienie. Myślenie i czucie wcale nie musi dawać szczęścia. O wiele bezpieczniej jest być w szeregu ludzi żyjących podobnie.
Cokolwiek mówimy, robimy, z czymkolwiek się nie zgadzamy, to jest to farsą, oporem z którym nikt się nie liczy bo masa jest wchłonięta przez system stworzony przez kogoś innego. Alternatywa jest zaledwie odbiciem w krzywym zwierciadle. To kolejny system, który stworzono dla potrzeb podtrzymania iluzji. Po co o tym myśleć?
Idę coś zjeść.
Drogi dwie
Znowu popadam w anarchię:) Nie, nie sądzę by to trwało wiecznie, ale taki jest stan chwili, a to o nią właśnie chodzi. Mówi się żeby być tu i teraz, a jakże często tę chwilę omijamy? Bo trzeba planować, trzeba mieć cele, trzeba odnosić sukcesy i mieć kasę. Trzeba mieć i być bo to jest pełnia, a tłumaczenie, że oddanie się tylko li i wyłącznie duchowi, jest złe, bo bycie nie jest wbrew posiadaniu. To dlatego trzeba mieć. I wszystko jasne!
Myślę, że miałam osiemnaście lat gdy czytałam św. Franciszka z Asyżu. Nie pamiętam dokładnie tytułu, ale pamiętam, że taka mała książeczka, mniejsza od formatu A5 wywarła na mnie ogromne wrażenie. Tam właśnie wyczytałam o byciu tu i teraz. Tam wyczytałam o tym, że człowiek jest świątynią Boga. I wówczas miałam te myśli, że przecież szkoły nam są niepotrzebne bo to co mamy wiedzieć i tak już wiemy. Potem wiele lat i tak poddawałam się szkolnictwu i wciskaniu we mnie tego co mi w życiu niepotrzebne. Nadal się poddaję i kto wie, może tak będzie zawsze....
Dziś doświadczam właśnie tego rozdwojenia. Właśnie spędzam czas tak jak nie powinnam, robię to czego nie powinnam bo miałam myśleć o karierze. Słucham, oglądam, dopieszczam uszy, które już dawno nie słyszały niczego nowego.... A przecież miałam inny plan, miałam pracować, mam długą listę spraw.... A ja to wszystko ignoruję i poddaję się bałwochwalczej chwili. Ach ta chwila!....
Są systemy. Obecnie są systemy na wszystko. Systemy i sposoby. Są systemy polityczne, religijne, są sposoby na regulację brwi i robienie paznokci. Są systemy edukacyjne i sposoby na to jak wtłoczyć niezbędną wiedzę. A kilku dni temu pewna młoda kobieta zmarła. Tak po prostu. Zdrowa kobieta po kilku dniach bólu w płucach. Zmarła. Odeszła. Osierociła dwoje małych dzieci. Wartość życia i sposobu na życie. Wartość życia i przeżycia. Do tej pory nie mogę się otrząsnąć.
Cholera mnie bierze, że nie da się wszystkiego oduczyć.
Ogólnie nie jestem jakoś mocno przeciwna systemowi, dopóki nie włazi mi z butami do życia. Jeśli włazi to już mnie nosi. Kiedyś potulnie szłam gdzie mi kazano. Żadna z tych wersji nie jest szczęśliwa. A czy system daje szczęście? A czy je zabiera? Czy bycie kompletnym outsiderem daje szczęście? Może i jest to odniesiony sukces, jednak czy łączy się on z sensem życia. Czy, gdy przestaniesz oddychać, to co było ważne do twego ostatniego tchnienia będzie jeszcze miało sens gdy linia życia twojego serca stanie się płaska?
Pokłóciłabym się z kimś na argumenty.
Myślę, że miałam osiemnaście lat gdy czytałam św. Franciszka z Asyżu. Nie pamiętam dokładnie tytułu, ale pamiętam, że taka mała książeczka, mniejsza od formatu A5 wywarła na mnie ogromne wrażenie. Tam właśnie wyczytałam o byciu tu i teraz. Tam wyczytałam o tym, że człowiek jest świątynią Boga. I wówczas miałam te myśli, że przecież szkoły nam są niepotrzebne bo to co mamy wiedzieć i tak już wiemy. Potem wiele lat i tak poddawałam się szkolnictwu i wciskaniu we mnie tego co mi w życiu niepotrzebne. Nadal się poddaję i kto wie, może tak będzie zawsze....
Dziś doświadczam właśnie tego rozdwojenia. Właśnie spędzam czas tak jak nie powinnam, robię to czego nie powinnam bo miałam myśleć o karierze. Słucham, oglądam, dopieszczam uszy, które już dawno nie słyszały niczego nowego.... A przecież miałam inny plan, miałam pracować, mam długą listę spraw.... A ja to wszystko ignoruję i poddaję się bałwochwalczej chwili. Ach ta chwila!....
Są systemy. Obecnie są systemy na wszystko. Systemy i sposoby. Są systemy polityczne, religijne, są sposoby na regulację brwi i robienie paznokci. Są systemy edukacyjne i sposoby na to jak wtłoczyć niezbędną wiedzę. A kilku dni temu pewna młoda kobieta zmarła. Tak po prostu. Zdrowa kobieta po kilku dniach bólu w płucach. Zmarła. Odeszła. Osierociła dwoje małych dzieci. Wartość życia i sposobu na życie. Wartość życia i przeżycia. Do tej pory nie mogę się otrząsnąć.
Cholera mnie bierze, że nie da się wszystkiego oduczyć.
Ogólnie nie jestem jakoś mocno przeciwna systemowi, dopóki nie włazi mi z butami do życia. Jeśli włazi to już mnie nosi. Kiedyś potulnie szłam gdzie mi kazano. Żadna z tych wersji nie jest szczęśliwa. A czy system daje szczęście? A czy je zabiera? Czy bycie kompletnym outsiderem daje szczęście? Może i jest to odniesiony sukces, jednak czy łączy się on z sensem życia. Czy, gdy przestaniesz oddychać, to co było ważne do twego ostatniego tchnienia będzie jeszcze miało sens gdy linia życia twojego serca stanie się płaska?
Pokłóciłabym się z kimś na argumenty.
1 lut 2016
Nie bądź pokorna!
Kiedyś ktoś powiedział mi właśnie tak: "Nie bądź pokorna!". To było niezwykłe i takie zupełnie odmienne od powszechnie przyjętych zasad.
Czym jest pokora? Jest stanięciem w prawdzie? Jest uniżeniem własnego istnienia, poglądu?Milczeniem? Czym jest pokora?
Kiedyś wielokrotnie słyszałam gdy jedna profesor powtarzała, że potrzebujemy słów, nazw, określeń bo dzięki nim określamy samych siebie. Poniekąd tak jest, jednak czy słowa są wystarczającym środkiem do określenia wszystkiego? Czy słowa znaczą dla każdego to samo? Oczywiście, że nie!
Pytam więc raz jeszcze, może mi podpowiesz, bo ja sama się gubię - czym jest pokora?
Widzisz, lubię, gdy ludzie, którzy mają coś do powiedzenia - mówią. Lubię gdy ludzie, którzy mają powód do milczenia - milczą. Lubię gdy człowiek jest istnieniem, a nie produktem tworzonym przez innych. Wiem, wiem, utopia.... Jednak w tej mieliźnie rzeczywistości dobrze jest dążyć do utopii, jest w tym przynajmniej iskierka nadziei, jest jakiś cel, jakieś pragnienie.... A tu pałęta się pokora. Jedni jej chcą ponad miarę, innym ona wadzi. Pokora, która istnieje w naszej kulturze tak bardzo, że trudno sobie bez niej wyobrazić całego świata!
A może chodzi o odwagę? O to by nie bać się upadać i wstawać? O to by próbować, wciąż próbować i nieustannie próbować osiągnąć cel, albo nawet jeśli go wciąż brak, to go znaleźć, stworzyć.... Może chodzi by sercem i umysłem przyjmować to co jest i cieszyć się tym?
Pokornie wszyscy umrzemy...
Czym jest pokora? Jest stanięciem w prawdzie? Jest uniżeniem własnego istnienia, poglądu?Milczeniem? Czym jest pokora?
Kiedyś wielokrotnie słyszałam gdy jedna profesor powtarzała, że potrzebujemy słów, nazw, określeń bo dzięki nim określamy samych siebie. Poniekąd tak jest, jednak czy słowa są wystarczającym środkiem do określenia wszystkiego? Czy słowa znaczą dla każdego to samo? Oczywiście, że nie!
Pytam więc raz jeszcze, może mi podpowiesz, bo ja sama się gubię - czym jest pokora?
Widzisz, lubię, gdy ludzie, którzy mają coś do powiedzenia - mówią. Lubię gdy ludzie, którzy mają powód do milczenia - milczą. Lubię gdy człowiek jest istnieniem, a nie produktem tworzonym przez innych. Wiem, wiem, utopia.... Jednak w tej mieliźnie rzeczywistości dobrze jest dążyć do utopii, jest w tym przynajmniej iskierka nadziei, jest jakiś cel, jakieś pragnienie.... A tu pałęta się pokora. Jedni jej chcą ponad miarę, innym ona wadzi. Pokora, która istnieje w naszej kulturze tak bardzo, że trudno sobie bez niej wyobrazić całego świata!
A może chodzi o odwagę? O to by nie bać się upadać i wstawać? O to by próbować, wciąż próbować i nieustannie próbować osiągnąć cel, albo nawet jeśli go wciąż brak, to go znaleźć, stworzyć.... Może chodzi by sercem i umysłem przyjmować to co jest i cieszyć się tym?
Pokornie wszyscy umrzemy...
29 sty 2016
Subiektywnie o alternatywie
Zbieram się od jakiegoś czasu do napisania kilku słów na temat alternatywy i wciąż staje mi coś na drodze. Miejmy nadzieję, że dziś się powiedzie.
Kilka słów zaledwie bo ostatnio w ogóle dochodzę do wniosku, że pisanie długich wpisów na blogu mija się z celem. Średnio idzie to przedyskutować, a i wątki się wyczerpują w takiej samotnej rozmowie. Zatem tylko pierwiosnki, nic więcej.
Ja od zawsze miałam skłonności do niszy więc teraz (w znaczeniu, w tym wieku, w którym zaczynam jako tako ogarniać kim jestem), pojmuję czemu mnie ciągnie do innego systemu myślenia niż wiodący. Żaden zewnętrzny powód nie istnieje.
Lubię alternatywę bo z reguły oznacza ona podróż i poszukiwania. To też nie jest mi obce. Nigdy nie lubiłam niczego wkuwać, natomiast uwielbiałam mieć wokół siebie sterty książek i czytać różne wątki tak by pojąć o czym czytam:) Często kończyło się to brakiem czasu na przyswojenie wymaganej wiedzy, ale nie widzę powodu by coś z tym robić.
Od zawsze miałam duszę solidarnościowca, anarchisty, jak tam sobie to zechcecie nazwać. Choć przez wiele lat moje prawdziwe 'ja' było ujarzmione to zawsze lubiłam sama stanowić o sobie co oznacza nadużywać słowa NIE i nie słuchać dobrych rad. Nawet jak miałam połamać paznokcie - wolałam je złamać niż iść utartą drogą.
Wszystko to piękne bo pokazuje, że alternatywa nie jest sama w sobie aż tak fascynująca by mnie wchłonąć. Chodzi głównie o to kim jestem. Owszem, czasem oferta spoza głównego nurtu mnie przekonuje swą zawartością, jednak ogólnie moje skłonności ku niszy pochodzą bardziej z mojego DNA niż wartości merytorycznej.
Ponoć powinien być punkt zwrotny. Ale o co chodzi??
Otóż żyję na uboczu, więc w mojej codzienności mało tego co powszechnie dostępne. Taki wybór, z nim mi dobrze. Jednak od czasu do czasu zauważam, że grzebanie się w teoriach spiskowych, wyszukiwanie powodów, dla których koniecznie trzeba zanegować ogólno dostępne informacje zaczyna być zwyczajną chorobą, uzależnieniem i absolutnie nie daje spokoju. Sama dostrzegam jak dążność do swobody osobistej poprzez wybór mniej utartych ścieżek prowadzi mnie do mentalnego odcięcia od tego co dobre. Dobrze i powszechnie dostépne, a przecież takie coś też istnieje!...
Kilka słów zaledwie bo ostatnio w ogóle dochodzę do wniosku, że pisanie długich wpisów na blogu mija się z celem. Średnio idzie to przedyskutować, a i wątki się wyczerpują w takiej samotnej rozmowie. Zatem tylko pierwiosnki, nic więcej.
Ja od zawsze miałam skłonności do niszy więc teraz (w znaczeniu, w tym wieku, w którym zaczynam jako tako ogarniać kim jestem), pojmuję czemu mnie ciągnie do innego systemu myślenia niż wiodący. Żaden zewnętrzny powód nie istnieje.
Lubię alternatywę bo z reguły oznacza ona podróż i poszukiwania. To też nie jest mi obce. Nigdy nie lubiłam niczego wkuwać, natomiast uwielbiałam mieć wokół siebie sterty książek i czytać różne wątki tak by pojąć o czym czytam:) Często kończyło się to brakiem czasu na przyswojenie wymaganej wiedzy, ale nie widzę powodu by coś z tym robić.
Od zawsze miałam duszę solidarnościowca, anarchisty, jak tam sobie to zechcecie nazwać. Choć przez wiele lat moje prawdziwe 'ja' było ujarzmione to zawsze lubiłam sama stanowić o sobie co oznacza nadużywać słowa NIE i nie słuchać dobrych rad. Nawet jak miałam połamać paznokcie - wolałam je złamać niż iść utartą drogą.
Wszystko to piękne bo pokazuje, że alternatywa nie jest sama w sobie aż tak fascynująca by mnie wchłonąć. Chodzi głównie o to kim jestem. Owszem, czasem oferta spoza głównego nurtu mnie przekonuje swą zawartością, jednak ogólnie moje skłonności ku niszy pochodzą bardziej z mojego DNA niż wartości merytorycznej.
Ponoć powinien być punkt zwrotny. Ale o co chodzi??
Otóż żyję na uboczu, więc w mojej codzienności mało tego co powszechnie dostępne. Taki wybór, z nim mi dobrze. Jednak od czasu do czasu zauważam, że grzebanie się w teoriach spiskowych, wyszukiwanie powodów, dla których koniecznie trzeba zanegować ogólno dostępne informacje zaczyna być zwyczajną chorobą, uzależnieniem i absolutnie nie daje spokoju. Sama dostrzegam jak dążność do swobody osobistej poprzez wybór mniej utartych ścieżek prowadzi mnie do mentalnego odcięcia od tego co dobre. Dobrze i powszechnie dostépne, a przecież takie coś też istnieje!...
28 sty 2016
Wierzenia
Jest temat. Temat wyzwalający emocje. Coś co wprawia w zakłopotanie, czasem wprowadza zamieszanie. Ludzie są albo spełnieni, albo szczęśliwi, albo przerażeni, a czasem i giną dla sprawy, dla tej sprawy...
Wierzenia, to one są tematem tego wpisu.
To dość trudny temat dlatego nie odważę się na posiadanie jednoznacznego zdania w tej sprawie, to co chcę napisać jest bardziej wynikiem osobistych przemyśleń.
Wychodzę z założenia, że Bóg wie co robi oraz że ma absolutną świadomość tego co ludzie robią z Nim. Czy to monoteistyczni wyznawcy, czy ateiści, czy wyznawczy religii politeistycznych czy ci, których można określić szamanami, new age'owcami i wszyscy, którzy w ogóle istnieją. Żyjemy na jednej planecie. Ta planeta wydaje nam się duża gdy mamy przebyć daleką podróż z punktu A do B, jednak mamy świadomość, że nasza planeta jest zaledwie ziarenkiem piasku wśród pyłów kosmosu. Ludzkie podziały, wyższość jednych nad drugimi naprawdę niewiele zmienia, wręcz wydaje się być mizerną groteską. A jednak mamy potrzebę pewności, że mamy rację, że wiemy kim jest Bóg i jak Go doświadczyć. Jednak zabijamy w Jego imieniu lub nawołujemy do miłości i przebaczenia także w Jego imieniu. Stajemy też w obronie prawdy jaką jest dowód na nie istnienie Boga. Boga znajdujemy w talizmanach, w kształcie chmur na niebie, w twórczym działaniu. Bogiem jest starzec z siwą brodą siedzący na tronie w niebiesiech lub jest wszystko co nas otacza, a także mną i Tobą. Człowiek wie kim jest Bóg, że nie/istnieje i wie co stanie się po śmierci czyli wtedy gdy nasze konserwowane chemicznymi środkami ciało przestanie funkcjonować. Wszystko wiemy i dlatego chcemy przekonać innych do tego co wiemy.
Nie potrafię teraz wrócić do praktykowania wiary jaką miałam w sobie kiedyś. Głównie chyba dlatego, że wchodząc w istniejące struktury czułabym się jak chomik w mysiej klatce, bez możliwości swobodnego poruszania się i bez opcji wyboru autonomicznego życia. Z drugiej jednak strony moje wspomnienia dotyczące budowanych relacji z ludźmi i samą sobą wtedy, gdy uczestniczyłam aktywnie w systemie wierzeń jest czymś do czego powracam z sentymentem. Płynę więc jak stary człowiek na starej łajbie i wpatrując się w ocean i własne odbicie w wodzie odnajduję swój sposób na wiarę. Wiarę, że ocean mnie nie pochłonie, a nawet jeśli to cokolwiek się wydarzy, i tak będzie dla mnie dobre.
Czy można być czegokolwiek pewnym? Czy to w ogóle jest komukolwiek potrzebne?
Wierzenia, to one są tematem tego wpisu.
To dość trudny temat dlatego nie odważę się na posiadanie jednoznacznego zdania w tej sprawie, to co chcę napisać jest bardziej wynikiem osobistych przemyśleń.
Wychodzę z założenia, że Bóg wie co robi oraz że ma absolutną świadomość tego co ludzie robią z Nim. Czy to monoteistyczni wyznawcy, czy ateiści, czy wyznawczy religii politeistycznych czy ci, których można określić szamanami, new age'owcami i wszyscy, którzy w ogóle istnieją. Żyjemy na jednej planecie. Ta planeta wydaje nam się duża gdy mamy przebyć daleką podróż z punktu A do B, jednak mamy świadomość, że nasza planeta jest zaledwie ziarenkiem piasku wśród pyłów kosmosu. Ludzkie podziały, wyższość jednych nad drugimi naprawdę niewiele zmienia, wręcz wydaje się być mizerną groteską. A jednak mamy potrzebę pewności, że mamy rację, że wiemy kim jest Bóg i jak Go doświadczyć. Jednak zabijamy w Jego imieniu lub nawołujemy do miłości i przebaczenia także w Jego imieniu. Stajemy też w obronie prawdy jaką jest dowód na nie istnienie Boga. Boga znajdujemy w talizmanach, w kształcie chmur na niebie, w twórczym działaniu. Bogiem jest starzec z siwą brodą siedzący na tronie w niebiesiech lub jest wszystko co nas otacza, a także mną i Tobą. Człowiek wie kim jest Bóg, że nie/istnieje i wie co stanie się po śmierci czyli wtedy gdy nasze konserwowane chemicznymi środkami ciało przestanie funkcjonować. Wszystko wiemy i dlatego chcemy przekonać innych do tego co wiemy.
Nie potrafię teraz wrócić do praktykowania wiary jaką miałam w sobie kiedyś. Głównie chyba dlatego, że wchodząc w istniejące struktury czułabym się jak chomik w mysiej klatce, bez możliwości swobodnego poruszania się i bez opcji wyboru autonomicznego życia. Z drugiej jednak strony moje wspomnienia dotyczące budowanych relacji z ludźmi i samą sobą wtedy, gdy uczestniczyłam aktywnie w systemie wierzeń jest czymś do czego powracam z sentymentem. Płynę więc jak stary człowiek na starej łajbie i wpatrując się w ocean i własne odbicie w wodzie odnajduję swój sposób na wiarę. Wiarę, że ocean mnie nie pochłonie, a nawet jeśli to cokolwiek się wydarzy, i tak będzie dla mnie dobre.
Czy można być czegokolwiek pewnym? Czy to w ogóle jest komukolwiek potrzebne?
Subskrybuj:
Posty (Atom)