3 gru 2015

O planowaniu odwracając kota ogonem

Myślałam sobie w ciągu dnia, wtedy gdy zaczęłam wreszcie sprzątać, na temat planowania. Bo o planowaniu i motywowaniu teraz mówi się wszędzie i zarabia się na tym niezłe kokosy. Każdy zna procesy psychologiczne, ekonomiczne, jest specjalistą od neuroplastyczności mózgu i wie najlepiej co robić żeby odnieść sukces.
Jestem tak szczęśliwa, że żyje w czasach gdy wszyscy wszystko wiedzą i chętnie dzielą się ze mną swoimi odkryciami!
Kiedyś tak cudownie nie było...
Turbo - Dorosłe Dzieci


Lubię tworzyć. Lubię wymyślać warsztaty, projekty, wydarzenia, lubię aktywizować ludzi. Lubię pisać... jak widać. Nie jestem specjalistką od planowania, ale lubię określać najistotniejsze sprawy. Niech to będą cele czy odcinki czasowe, cokolwiek - lubię mieć jasno określony kręgosłup tego co tworzę, a potem.... Potem lubię, żeby działo się samo:) Lubię niespodzianki, czemu więc mam ograniczać pomysł jedynie do własnych horyzontów? Lubię działać z ludźmi, czemu więc mam odebrać im szansę zaistnienia w projekcie? O to przecież chodzi by było dobrze, esencjonalnie i do zapamiętania!


Po takich oto przemyśleniach, dotarłam do olśnienia. Moment ten osiągnęłam bez spadającego mi na głowę jabłka, orzecha, ani meteoru. Nie doświadczyłam także żadnego uderzenia pioruna choć tak wypatrywałam owej opcji (była w planie!), przyszło samo, wtedy gdy nosiłam w chuście Marikę i nie mogłam ku swej radości gotować, sprzątać, odkurzać, ani - ku mojemu ubolewaniu kąpać się w winie ze świecami i płatkami róży i oczywiście olejami i takimi tam bajerami.... Przyszło co następuje - znając własne obszary, swoją drogę, własne cele współpracuję ze światem a nie wbrew niemu. Dlatego nie składam swoich planów w PLAN, ani nie nadaję im ściśle określonej daty. Zapisuję to co wydaje mi się naprawdę ważne, utrzymuję w pamięci tak długo aż życie pomaga mi zweryfikować, czy to dobry czy chybiony pomysł i z biegiem czasu, średnio przespanymi nocami i dniami bez chwili na samotność i kwintesencję przemyśleń, zwyczajnie wiem czy obrać dany kierunek czy nie.
Jest jeszcze jedna sprawa, osobiście traktuję ją priorytetowo. Mam trochę w głowie zniekształcone neuropołączenia bo w sposób wręcz nadgorliwy lubię być wolna. Doszłam dziś do tego, że trwanie przy spisanym PLANIE natychmiast mnie zniewala, a to oznacza, że już przestaję być szczęśliwa w miejscu, w którym jestem i zwiewam stamtąd gdzie pieprz rośnie. A w życiu chodzi o to by być szczęśliwym, tak czy nie?


Otóż jeśli nie pamiętasz mojego wpisu na temat szczęścia, to zapraszam Ci do jego przeczytania lub, co nawet bardziej sensowne, wyłączenia komputera i wniknięcia w temat szczęścia. Bardzo polecam, ja o tym pojęciu długo słuchałam, często słyszałam, ale właściwie nigdy ono do mnie nie dotarło. Myślę, że wciąż dociera, ale odkąd mam przebłyski zrozumienia i doświadczenia - zawsze uznaję je za początek wszystkiego:)
Szczęście jest jak kierunkowskaz. Jeśli gdzieś jest mi źle - na przykład w moim PLANIE - to znaczy, że ten plan nie jest dla mnie i mi nie służy. Kolejny raz cieszy mnie, że poznaję własne ja, uczę się co mi przynosi radość, a co wzbudza klaustrofobiczne odczucia. Cieszy mnie to bo niegdyś jednak próbowałam się dopasowywać do ustalonych reguł. Ja byłam nieważna.


Ot i tyle.
Życzę Ci spokojnego wieczoru, takiego, który przynosi ukojenie, może jakiś przełom. Takiego, który za Tobą tęskni i dobrze Ci życzy.

Fartuch, szczota, ciera;)

A ja mam w głowie:


Uśmiecham się trochę do siebie bo jeszcze 15 minut temu nie miałam siły wstać na dwie równe nogi, 10 minut temu położyłam się z zamiarem zaśnięcia, a 5 minut temu wstałam bo byłam zbyt zniecierpliwiona by leżeć:)

Matka emigrantka wita w szare, pochmurne czwartkowe południe:)

Dziwacznie się dzieje bo okazuje się, że blog sam do mnie powraca. Ktoś niedawno temat poruszył, odkurzył i teraz co chwilę pojawiają się nowe głosy i mnie prowadzą na moje włości. Mam wrażenie jakoby świat zewnętrzny zapraszał mnie do własnego wnętrza:) Chylę czoła w podzięce i dziękuję za zaproszenie!


Bo to jest tak, w domu mam bałagan i trochę opadłam z fizycznych sił, ale głowa mi buzuje. Kilka ostatnich lat mnie bardzo szlifowało, obawiam się, że ów proces wciąż trwa, więc zastosowanie czasu przeszłego jest swoistym nadużyciem, lub nawet błędem. Inni ludzie szlifują. Czy wszyscy? Chyba nie, ci, którzy nie mają znaczenia.... po prostu go nie mają. Z dziećmi jest jednak inaczej. One potrafią rozbudzić w człowieku wszystkie najwspanialsze i najbardziej okrutne strony, są mistrzami w nauce konsekwencji i wytrwałości. Za każdym razem gdy oblewasz egzamin, przeżywasz traumy więc robisz wszystko, żeby kolejne podejście było tym ostatnim! Tak, to jest owo minimum, które w zupełności Cię zadowala, ale jeśli o dziwo okaże się, że wynik jest zaskakująco dobry - jesteś mistrzynią świata!

Piszę niespójnie ze współczesnym przekazem:) Dziś matka jest piękna, smukła, zarąbiście cierpliwa i super ogarnięta. Tak mawiają media:) Pamiętam początek nowego milenium i mój półroczny pobyt w Żabolandii, oglądałam tam TV bo była to metoda na naukę języka (jedna z wielu, czego chyba nikomu tu wyjaśniać nie trzeba) i zapadło mi w głowie, że 90% reklam w tamtejszej telewizji, w tamtym okresie kierowana była do kobiet. One zwyczajnie musiały chcieć być piękne, seksowne, ogarnięte, inteligentne i posiadać te wszystkie cechy, które dawno temu Edith Piaf miała w głębokim poważaniu, nie mówiąc już o kompletnie odmiennej modzie z czasów Rembrandta. Te reklamy musiały na mnie wywrzeć ogromny wpływ skoro do tej pory je pamiętam. Myślę jednak, że wiele się nie zmieniło. Nie wiem jakie są współczesne proporcje reklamowe bo nie oglądam telewizji, jednak czytuję to i owo, rozmawiam z tym i tamtym i okazuje się, że jeśli się jest wściekłym, jeśli się krzyknie, albo co gorsza ma się w domu tłuste kafelki w kuchni lub plamy na podłodze to znaczy, że się jest matką z marginesu i od takich należy się trzymać z daleka. OooooooooooooooooooooooKkkkkkej;) No to po mnie;)

Otóż wstałam, młoda najmłodsza śpi, starszaki poszły do softplay'a. Ja na dziś zaplanowałam porządki. Nikt mnie nie zmusza, nikt nie czyni wymówek. Pewnie moi znajomi są tak samo wypaczeni jak ja, albo mają poważne kłopoty ze wzrokiem;) Sama! Ja sama chcę posprzątać!
Nie! Bo ten bałagan, na który właśnie spoglądam (z szyderczym już uśmiechem) wcale nie robi mi dobrze, wręcz bardzo drażni moje minimalistyczne poczucie estetyki, ale mnie naprawdę bolą ręce i naprawdę jestem zmęczona. Mogę poprosić kogoś żeby mi posprzątał, mogę nawet za to zapłacić, żeby nie mieć poczucia, że wykorzystuję dobroć bliźniego, ale ja tak nie umiem. Bo ja muszę po swojemu!!! I mamy pozamiatane bo.... sama nie mam siły, nikogo nie poproszę więc bałagan zostanie bałaganem chyba, że przybędą krasnale z Islandii....

Ale! Ale!!! Może i bolą mnie ramiona, siadają kolana i nadgarstki, jednak palce są sprawne, a mózg aż paruje od chęci zrealizowania pomysłów. Tych się zrodziło tyle, że się nie dziwię, że mam nadwagę! No bo jak się tyle dzieci nosi.......!!!!:) Taaaa, zatem okres wydłużonego macierzyństwa procentuje u mnie wycieńczeniem, niespożytą energią intelektualną i megabałaganem. W walorach dodatkowych istniejącej sytuacji znaleźć także można: uśmiech, radość, szczęście, priorytety, coraz częściej praktykowane odpuszczanie. Przyznam, że pakiet dodatkowy smakuje tak bosko, że szara codzienność już tak nie razi;)

Uśmiecham się ponownie, tym razem bez szyderstw i bez lusterka. Uśmiecham się do Ciebie, kobiety zwyczajnej, która ma w domu bałagan jak ja i marzy o chwili ciszy, samotności i błyszczących, czyściutkich komnatach. Uśmiecham się i mówię, usiądź, napij się herbaty i pamiętaj, że nie jesteś sama:):):)

Ściski dla wszystkich megamaszyn! :):):)





Ps. Zdjęcia wzięte z internetu:)

2 gru 2015

Rutyna

Wczoraj pisałam o strefie komfortu i o tym jak można oswajać nowe sytuacje poprzez ich wywoływanie. Dziś poniekąd kontynuuje moje przemyślenia. Spoglądam teraz na siebie i widzę jak ciężko mi wykraczać poza strefę komfortu zawsze, gdy rozważam to kryterium, i jak traci ono na znaczeniu gdy zwyczajnie koncentruję się na tym co robię. To niezwykłe jak wyeliminowanie takiej lub innej myśli może dopomóc lub przeszkodzić w codziennym życiu.
Myślę, że inspiracją do tych przemyśleń są moje dzieci, bo obserwując je, w jaki sposób stawiają sobie wyzwania zaczynam przyglądać się sobie. Jak ja sobie radzę z wyzwaniami? Czy patrzę na nie z zadyszką na samą myśl, że mam się nagimnastykować, czy oczy mi wychodzą z orbit na myśl, że zaraz będzie ta upragniona adrenalina...


A przekraczanie siebie, czyli poszerzanie swojej świadomości, zyskiwanie różnorodnych doświadczeń jest niczym innym jak treningiem, sposobem na życie i jeśli tak się je traktuje to opadają emocje, a zostaje koncentracja. Lęk? Nie wiem.
Jest lęk? Powiedz mi, kiedy pojawia się lęk i dlaczego? Kiedy tak naprawdę się boisz?


Niebawem miną cztery lata odkąd jestem mamą i dochodzę do wniosku, że rutyna jest zbawienna, porządkuje rzeczywistość, nie wymaga wyjaśnień, ułatwia codzienną egzystencję. Ten sam czas pokazuje mi jednak, że rutyna nie stanowi ani jednej z moich twarzy. Mam na myśli taką pełną rutynę, od której niemal zależę. Mimo iż trwam w ułożonym świecie jakiś czas, moja głowa wciąż sunie na torze wyścigowym przykurzonych marzeń i planów. Miłe to. Miłe jest wiedzieć, że niezależnie od czasów można byś tym kim się jest, że niezależnie od okoliczności, można samego siebie zachować.


Udanego wieczoru:)






I wina na stole
i butelki na stole
Życzę Ci też świecie
świętego spokoju
bez presji, bez złości, bez wspomnień


I życzę Ci tej chwili, która minęła
i była jedyną na osi życia
stuprocentową wariatką


Życzę Ci wina i to nie jednego
I wódki też Ci psiakrew życzę
bo życia nie zmienisz
świata też nie
choć może go tworzyć
zwyczajnie go tworzyć

1 gru 2015

Odwaga? Strefa komfortu? Norma-lność...?

Wieczór jest. Ciemno jest. Flamma nie ma ale jest prawie przytulnie. Jest cicho.... Cisza to taki stan, którego pragnę najbardziej za dnia:) I jest cicho:)


Dawno nie czytywałam ani blogów, ani książek bo niby kiedy to robić? Jednak nie czytałam nie tylko z powodu braku czasu bo z tym sobie właściwie radzę, ale po to by nie zanieczyszczać sobie przeładowanej mózgownicy. Właściwie jeśli czegoś nie przeczytam, nawet czegoś mega popularnego to cóż się stanie? Słońce zgaśnie? Góra z górą się zejdą? Nie, najwyżej wezmą mnie za dziwaczkę. A że czuję się coraz bardziej komfortowo w sosie własnych dziwactw, doprawdy, coraz mniej mi w życiu przeszkadza co inni, jak inni i z kim inni.
A tak poważnie, to pamiętam zasłyszany dawno temu w Trójce wywiad z Hanną Banaszak i jej słowa o tym, że ona niczego nie słucha. To było fascynujące i odkrywcze, ona nie słuchała bo szukała dźwięków w świecie. Szukała dźwięków, słuchała dźwięków. Bardzo mi to utkwiło w głowie, bo i dźwięki są dla mnie ważne i właśnie to ograniczone zaczytywanie się jest mi bliskie. Ja zwyczajnie jestem 'u siebie', a że ciągle toczą się tam 'u mnie' jakieś dyskusje, nie mam weny do czytania:)


Myślę sobie, niedawno rozmawiałam z koleżanką o tutejszym systemie edukacji i podjęłyśmy też temat kar, które rodzice muszą płacić jeśli nie poślą dziecka do szkoły (w konkretnych przypadkach) i ona przytoczyła mi genezę tych kar. Ja historii nie znałam bo wówczas gdy tę procedurę wprowadzono, ja nawet w myślach nie zbliżałam się do UK, co dopiero fizycznie.... Wyjaśniła mi, że to odpowiedź na zaniedbanie dzieci, na to, że nie chadzały one do szkół, nie uczyły się, itp. I dodała, coś w rodzaju, że jestem w środowisku rodziców, którym zależy więc wydaje mi się, że tak mają wszyscy, ale tak nie jest.


Wówczas kolejny raz dotarło do mnie, że coraz odważniej kroczę po drodze świadomych wyborów. I nie, już nie czuję się dziwaczką (paradoksalnie), czuję się po prostu sobą. To co jest fenomenem Wielkiej Brytanii i czego nie doświadczyłam w Polsce, to fakt, że tu każdy żyje naprawdę po swojemu i można wybierać, eksperymentować, wyszukiwać własne ścieżki do oporu bo różnorodność jest znakomita. Mając do czynienia z ludźmi, którzy kierują się różnymi zasadami, podejmują niekonwencjonalne (w moim i tylko moim odczuciu) decyzje sprawia, że ja czuję się zupełnie normalna. Bo normą jest tu bycie sobą (to bardzo subiektywny pogląd!!!!).
Jest jednak coś co mnie trochę przeraża. Fakt, że jakaś zasada (--> kar szkolnych za nieobecność dziecka) została wprowadzona w życie jako reakcja na aktywność większości. I tu się okazuje, że daleko mi do większości... Nie, nie boleję nad tym faktem ani trochę. Jak wcześniej wspomniałam dobrze mi we własnym sosie, jednak taka sytuacja zmobilizuje mnie chyba do przeczytania Orwella w oryginale bo przeczuwam, że tłumaczenie nie oddaje pełni geniuszu tej smutnej lektury....
Znowu zadaję pytanie, czemu inne zwierzęta żyją jak zwierzęta, a ludzie wciąż jak ludzie?


Myślę sobie teraz, że moje życie nie jest totalitaryzmem, anarchią czy czymś podobnym. Nie jestem kompletnie anty do wszystkiego co ogólnie akceptowalne bo i chadzam do lekarzy i podaję syrop i środek przeciwbólowy jak trzeba. Pewnie gdybym mieszkała w Polsce, nie stać by mnie było na super organiczny olej kokosowy i jakieś inne wymysły matki wariatki, i nie żyję po to, żeby udowodnić, że to co wszyscy mówią/robią/myślą, itp. jest złe tylko cieszy mnie, że czuję się już na tyle odważna, że chętnie idę własną drogą. I nawet nie mam potrzeby określać tego odwagą tylko stanem naturalnym. A 'odwaga' pojawia się gdy zmienia się perspektywa... na przykład wówczas gdy któraś z moich cór przekracza własną granicę komfortu.
No tak, pewnie im więcej takich granic człowiek przekroczy, tym pewniejszy się czuje i nie potrzeba mu już nawet odwagi bo ów stan przeradza się w naturalny styl życia. To chyba może prowadzić do szczęścia, odkrycie kim się jest, do czego się jest i jakimi ścieżkami się chce podążać. To chyba daje też i wolność i wyklucza

20 paź 2015

Ani jajko ani kura tylko ja

Uciekly mi polskie znaki wiec ten wpis bedzie ich pozbawiony. Mea culpa. Wierze, ze wybaczycie.

Chce zajac tylko chwile. Sobie i Tobie, jesli zechcesz odczytac ten wpis.
Piekne sa inicjatywy pomocy, wszelkie systemy bardziej lub bardzo bardziej motywacyjne. Piekne sa metody pomocy systemowej, ktorymi sie uwzniosla prawo handlowe. Piekne sa idee, ktore dbaja o dobro spoleczenstwa. Ja jednak wyczuwam, ze to nie moja podroz. Jakis czas temu zaczelam isc indywidualna droga. Droga raczej wiejska, czesto lesna sciezka, gdzie ludzi jest malo, a spiewu ptakow calkiem sporo. Droga, po ktorej nie chodzi sie po to by sie spieszyc, na pewno nie biegnie sie tedy do pracy czy szkoly.... Zawsze gdy moja droga biegnie w kierunku autostrady, gdzie jest duzo ludzi podazajacych w tym samym kierunku - mnie to fascynuje, napawa moca, potem zas.... okazuje sie, ze lubie byc czescia takiego wyscigu ale tylko przez chwile, jakby to miala byc krotka przygoda, zaczerpniecie innej pasji do zycia niz ta, ktora jestem przepelniona. Zatem dopoki moge byc uzytkownikiem autostrady tak dlugo jak sama tego chce - jest cudownie. Wiem, ze jestem wolna i sama dokonuje wyboru. Jesli jednak jestem zobligowana by jechac o wiele dalej niz chce bo tak nakazuje trasa - wole na nia w ogole nie wkraczac. Ona mi juz szczescia nie da.

Szczescie.... Niby sprawa powszechna, a jednak zapomniana. A ja przypominam sobie o niej teraz, gdy coraz czesciej zadaje corce pytanie: 'Czy jestes tam szczesliwa?'. I nie chodzi o moja corke, ale o samo pojecie szczescia. Sama o nim zapomnialam. Sama przestalam o nim myslec. Owszem, mam w glowie bycie spelniona, osiagajaca cele, ale o szczesliwej mnie.... Zapomnialam. Niewiarygodne, prawda?!?! A jednak wydaje mi sie, ze nie jestem odosobniona w tej amnezji... Zatem gdy wkraczam na autostrade, z ktorej nie moge zjechac wowczas gdy to wedlug mnie odpowiednie - przestaje byc na niej szczesliwa i tyle. Pytanie jednak dotyczy organizacji takiej trasy, czy to mozliwe by autostrada miala zjazd co kilometr???? Otoz to, organizacja jest wazna, ulatwia zycie I tego nie podwazam i mysle, ze dopoki jest ona tworem spolecznosci by tej spolecznosci sluzyc - jest swietna. Kazdy ma prawo wyboru, czy z niej korzystac czy nie. Jesli jednak jest to organizacja narzucona, ktorej nalezy przestrzegac bezwzglednie I poddanczo - znowu staje w opozycji....

To chyba kwestia osobowosci, jedni lubia byc prowadzeni, inni lubia prowadzic. Jedni lubia makijaz, inni lubia naturalnosc, wreszcie, jedni potrzebuja swiata zewnetrznego, inni swiata wewnetrznego i tak dalej.... Kazdy ma inna podstawe by myslec I reagowac w taki lub inny sposob. I nawet jesli wybieram ciagla podroz po autorstradzie to I tak, gdzies tam w glebi wyboru takiego dokonalismy przez to jacy jestesmy. Nie probuje rozstrzygnac dylematu czy jajko czy kura, czy Darwin czy Biblia, jedyne czego obecnie dokonuje to potwierdzenie, ze ja jestem jakas i to wlasnie z tego powodu sa rzeczy, ktore mi odpowiadaja, inne zas nie.

26 wrz 2015

Po długim milczeniu bez zbędnego tytułu

Pamiętam taki czas, gdy pisałam każdego poranka. Myśli miałam dużo do przekazania, emocji zapewne jeszcze więcej, kawa w kubku na stole, ja cała mokra po porannym prysznicu, Flamme szczekający na podwórku.... Pamiętam, że wówczas dużo rozmawiałam, mało spałam, mnóstwo pisałam (nie tylko blogując), tworzyłam swój internetowy świat by wracać do rzeczywistości, która nie dawała ani spokoju ani szczęścia.
Teraz nie piszę wcale. Można sądzić, że dlatego, ponieważ mam tylko dwie ręce, a dzieci troje więc jak to wszystko ogarnąć? Jednak ja skłaniam się ku myśli, że zwyczajnie intymność mojego obecnego życia jest dla mnie tak istotna, że nie mam ochoty na odkrywanie przed światem tego co dzieje się za zasłoną prawdziwości.
Stan ów chyba się zmienia. Sama obserwuję swój stosunek do świata wówczas gdy byłam mamą po raz pierwszy i teraz, gdy pełnię tę funkcję trzeci raz. Świat jest... chyba taki sam. Ja jestem.... już kimś innym. Zakres moich zainteresowań uległ ogromnym przeobrażeniom w ciągu ostatnich trzech lat choć pozostaję wierna tym, które istniały od niepamiętnych czasów. Świadomość bezimiennej funkcji społecznej wzrosła bardzo, świadomość płynności i zamienności jednostki ludzkiej wciąż się chyba poszerza, ogromna praktyka z zakresu spotkania kultur i mentalności jest codzienną szkołą życia. Faktycznie, wówczas gdy zrezygnowałam z pracy i postanowiłam wyjechać, nie sądziłam, że moje życie potoczy się właśnie tak jak się toczy...
Ludzie wierzą w różne teorie. Ludzie zgrupowani są wokół bogów i Bogów. Ludzie wyznają różne zasady, w zależności od własnych doświadczeń i nabytej wiedzy w jakiś sposób determinują podejmowane przez siebie decyzje. Ludzie zmieniają poglądy. Ludzie twierdzą, że mają rację. Ludzie żyją wciąż na rozdrożu gdzie poddawani próbie, określają każdorazowo własną tożsamość. Jedni są ulegli i w uległości swojej widzą pełnię szczęścia i spełnienia, inni zaś sugerują że drogą do spełnienia jest wykorzystanie własnego potencjału, który według jednych jest bezgraniczny, według innych łączy się z odpowiedzialnością.
I tak się opieramy o siebie wyznając różne teorie i ciężko jest się nam spotkać.
Bo jak pogodzić przekonania pielęgnowane od dzieciństwa z rzeczywistością, która mocno tym przekonaniom przeczy? Jak uśmiechnąć się do rzeczywistości, wobec której ma się ciągłe podejrzenia? Jak wreszcie iść naprzód mając na grzbiecie coraz cięższy worek doświadczeń? Można tu zastosować jakiś minimalizm? Można pokusić się o trwanie w chwili? Teoretycznie można, w praktyce natomiast to prawdziwe wyzwanie. Nie, nie twierdzę, że niemożliwe, twierdzę jednak, że każda nowa sytuacja jest wyzwaniem i nie lubię gdy na siłę się mnie przekonuje, że wszystko jest cacy i uśmiechniętym można być zawsze, nawet w sytuacji, która wywołuje dreszcze.
Odkrywanie w sobie sieci zależności, tych z dzieciństwa, z przekonań narodowych, z inklinacji duchowych i wszelkich tego typu bytów sprawia, że maleje we mnie pewność, że ja to ja, rośnie zaś iluzoryczność świata, w którym jestem i który nota bene tworzę.

Kto wie, może każdy poród i każde urodzone dziecko wnosi do życia kobiety takie doświadczenie, które zmienia jej światopogląd nieodwracalnie? Może uczy jakim ma ona być człowiekiem, jaką ma być kobietą? Może każdy poród to lekcja, a dziecko to nauczyciel? Nauczyciel, z którym można powtarzać ten sam materiał tak długo, aż się go wreszcie opanuje w stopniu, w jakim to jest danej kobiecie potrzebne? Może te momenty oczekiwania, trwogi, bólu i życiowego chaosu są zwyczajnym przystankiem na trasie do samospełnienia?

Proces twórczy w pełni. Może nie iskrzy i nie błyszczy jak maszynowo wyprodukowany przedmiot, jednak staje się, z chwili na chwilę bardziej świadomie.

29 cze 2015

Proces

Tak sobie myślę... Oszalałam czy normalnieję? Uderza mi woda sodowa czy dojrzewam? Bo interpretacja to świat bez granic. A jakie jest moje odczucie??


Czuję, że zaczynam żyć, coraz świadomiej realizować siebie. Widzę, że stałam się cierpliwsza, myślę kategoriami lat i nie obawiam się czasu. Mam więcej obowiązków i więcej odwagi by sięgać po skryte marzenia - staję się bardziej precyzyjna. Częściej odczuwam zmęczenie. Z coraz większą pewnością stawiam kolejne kroki w kierunku, który napawa mnie radością. Z jednej strony mam mniej czasu, z drugiej więcej doświadczenia.
Dziś kupiłam instrument. Patrzę na niego inaczej niż dwadzieścia lat temu, wtedy gdy zaczęto mnie na nim uczyć grać.


Więcej precyzji. Tak, w moje życie wkroczyło więcej precyzji.

24 maj 2015

Zasłyszana historia


Mam wrażenie, że nie mam o czym pisać. Wszystko już zostało stworzone. Jedyne co mogę to od czasu do czasu powiedzieć co myślę. Nic więcej.

„Twoje życie do Ciebie należy!”, „Możesz być kim chcesz!” i inne hasła w podobnym tonie sprawiają, że łyka się je tak szybko jak cudownie sączy dobre wino. Perspektywa wolności jest tak bardzo upragniona przez człowieka, że gdziekolwiek pojawia się nadzieja tam łatwo popaść w pułapkę. Coraz bardziej mnie razi brak wolności bycia tym kim się jest w imię obiecanej wolności, kreowanej przez innych. Coache, systemy motywacyjne piramid, ludzie sukcesu – większość z nich bazuje na tym, że potencjalny kandydat na wolnościowca jest gotów tu i teraz na obranie jakiegoś kursu (najczęściej opłacalnego dla lidera) by zyskać wolność. Ładnie się to określa rozwojem osobistym, prawda jest jednak taka, że idzie o kasę. Oszustwo owych systemów motywujących człowieka do podejmowania niejednokrotnie radykalnych decyzji wspomagane jest jeszcze haniebnym (w tym przypadku) hasłem pomocy drugiemu człowiekowi. Bo inni potrzebują by wskazać im drogę.. Tak, tak, a mesjaszy tyle ile krów na pastwisku.

Jak się nad tym zastanowić to tylko prawdziwie szczery przyjaciel, rodzic, duchowny, ktoś kto jest ludzki i autentyczny w swojej roli wysłucha i wesprze drugiego w potrzebie. Nie wiem czy taki ktoś ma podawać rozwiązania. Mam przekonanie, że nie o pokazanie drogi chodzi bo kto poszukuje, znajdzie, ale o współtowarzyszenie, akceptację pomimo wszystko, w każdej sytuacji. Myślę, że tu jest wolność. Wolność i bliźniacza jej odpowiedzialność.

Przeczytałam niedawno o pewnej sytuacji rodzinnej. Banał, ona chce by on zrobił w domu coś, a on siedzi przed kompem i nie chce. Pod treścią sytuacji popłynęła lawina komentarzy o tym jaki to on jest, co ona powinna zrobić i że w ogóle jak to jest możliwe by z kimś takim marnować życie. I pojawiło się kilka osób, które z serca napisały dobre słowo, byli i tacy co igrali sobie słowami drwiąc z autora, a byli i ci, którzy pisali – zrób tak i tak, ja właśnie tak zrobiłam i teraz jest cudownie. Tradycyjne: „skoro mnie się udało, to tobie też może się udać.” znalazło się w stosie słów komentatorów tylko jakoś w tym ferworze paplaniny nie zauważyłam takich, którzy spojrzeliby na sytuację z empatią. Jesteśmy już tak przeraźliwie wypaczeni, że zupełnie naturalnie uzurpujemy sobie prawo do mówienia innym JAK ŻYĆ! A to przecież absurd! Gdy się nam rodzą dzieci to się dwoimy i troimy by je rozwijać, potem szukamy dobrych szkół i posyłamy na zajęcia dodatkowe. Po to tylko by dzieci były zdolne poradzić sobie w życiu. A tu nagle stajemy się stadem baranów, w którym każdy odbierając drugiemu prawo do samostanowienia mówimy innym jak się powinni zachować!

To nie jest wolność – to że trzeba tańczyć jak nam zagrają. Wolnością jest gdy przy muzyce można tańczyć, śpiewać lub zwyczajnie jej słuchać. Nie ma wolności tam gdzie ktokolwiek mówi co powinnam zrobić. Nie ma wolności tam, gdzie odbiera się człowiekowi prawo do jego przeszłości, teraźniejszości, emocji, sposobu reagowania i słabości. Naprawdę nie każdy ma w życiu odnieść sukces (we współczesnym tonie), nie każdy ma móc wziąć życie w swoje ręce, nie każdy ma spełniać swoje marzenia, nie każdy ma być panem własnego losu. Każdy zaś ma prawo do własnej historii, wolności i odpowiedzialności.

Cieszę się, że spotykam na swojej drodze osoby, które nie mają interesu być moimi znajomymi...

30 kwi 2015

Bez tytułu

Pójście własną drogą sprawia, że dalej mi do nurtów, bliżej mi do siebie. To poszukiwanie nie ma końca, choć w każdej chwili jest jakby na krawędzi.

6 kwi 2015

Bierność

Tak sobie myślę, że już po Świętach, choć w Polsce dopiero teraz zaczyna się to odczuwać. A tu, gdzie obecnie jestem odczuwało się radość bo wreszcie dopieściło nas Słońce! Różne szerokości, różne odczuwanie, prawda?
Wciąż walczę z biernością bo nie mam jej w naturze. A bierna znów jestem. Z wyboru. Siedzę i nic nie robię. Siedzę i tylko poznaję. I obserwuję i czytam i właściwie się nie nadwyrężam. Te obserwacje mi zawsze doskwierają bo najpierw bym chciała powiedzieć, że oni to..., oni tamto..., a prawda jest taka, że to wszystko siedzi we mnie. I tak myśli galopują, że na koniec pościgu z radością się oddalam i przestaję czytać i się przyglądać. Wtedy wkraczają do mojego jestestwa pytania o moje sprawy, takie zupełnie moje, które dotyczą mojego życia. I słowo daję - zawsze się do siebie uśmiecham gdy zdaję sobie sprawę z faktu jak wiele czasu spędzam na przeżywaniu nie swojego życia. A wiem, że wcale nie jest tego tak dużo!!
Karkołomne rozmyślania prowadzą mnie jednak tam gdzie chcę być i wtedy moja bierna egzystencja odpowiada mi tak cudownie, że pragnę ów stan utrzymać i czynię tak z ogromną radością:)